Sing a Song
Przejdziemy się piaszczystą drogą. Wokół drewniane domy,
gdzieś w oddali słychać sztuczne strzały, a przed nami gotują obiady. W miejscu
w którym wziąłem głęboki oddech, w miejscu gdzie poczułem się jak w domu.
Daleko i blisko. Jeźdźcy na koniach przechodzili tuż obok, wyciągali dłonie i
odjeżdżali w stronę zachodzącego słońca. W niedalekiej katedrze działa się
magia, a w wielkiej kopule widoczne było niebo. W miejscu w którym zatraciłem
swoją głowę. Ile bym dał by tam powrócić, ile by zostać na chwilę dłużej.
Niedługo.
- Utknąłem. Korek, wypadek, pada śnieg.
- Jedź spokojnie. Dotrzyj do mnie szczęśliwie, będę czekać.
- Postaram się jak najszybciej. Kocham Cię.
- I ja Ciebie.
Na czarny samochód spadały płatki. Linii aut nie było końca,
ludzie byli zdenerwowani, ludzie byli smutni, ludzie byli sobą. Najpierw się
uśmiechnąłem. Nie było chłodu, szyba nie parowała. Otworzyłem drzwi i stanąłem
w środku. Biel oświetlała drogę. Po co czekać, gdy można spróbować? Wsiadłem,
skręciłem, zaparkowałem i zostawiłem. Warto. Z zepsutą nogą, z poszarpanym
światem, pobiegłem drogą, która była wieczną pauzą. Zapukałem do drzwi
zmęczony, czerwony, żałosny, szczęśliwy. Otwarłaś i od razu się zaśmiałaś. Och.
Ten uśmiech sprawił, że wszystko inne zniknęło.
Wyciągam dłoń ku otwartym oknom dachowym. Czuję zimno, czuję
jak jedno zapomnienie znowu tworzy wspomnienia. Uśmiecham się i staram się Cię
nie obudzić. Przymykam i wstaję. Robię śniadanie, wypuszczam psa i wspinam się
po schodach. Kładę tacę i znów kładę się tuż obok. Nie ma piękniejszego obrazu
niż Anioł, który upadł i zasnął. Przymykam oczy i odpływam. Widzę tylko to co
jest teraz i Twoją dłoń na moim bijącym sercu.
- Dziękuję za śniadanie. – buziak złożony na policzku.
- Wszystko dla Ciebie.
- Postaram się podzielić.
- Ja Ciebie też.
- Głupi.
- Twój. – znowu zasnąłem, z jej uśmiechem tuż przed oczami.
- Ciśśś…
- Ale…
- Ciśśś…
Z kroku na krok staraliśmy się nie zamyślić, nie pomylić,
nie, nie, nie, aż oboje powiedzieliśmy tak. W drodze na spacer, w pierwszym
złączeniu dłoni, w jednym spojrzeniu, na drewnianym parkiecie. Zimno, cieplej,
pół na pół, gorąco, robi się chłodniej i znowu zima. Dzień po dniu, przez
wszystkie przeciwności, znaleźć się tu i teraz.
- Przytul.
Tuli.
- Nie ucałujesz?
Całuję.
- Ej… Kocham Cię.
Odpowiadam.
- Ja Ciebie też.
- I tak ma być.
Jedna i druga strona. Zawsze w drodze przed siebie, zawsze
tuż obok, trzymając się za dłonie. Chyba, że trzeba zmienić bieg. Setki
przebytych kilometrów, niezliczone spojrzenia, dotyk i rozmowy. Kilka
przesłuchanych utworów i szczęście odciśnięte w siedzeniu pasażera. Gdy pędzę
na drugi koniec, kładę dłoń tam gdzie Cię nie ma i odliczam do dnia, gdy znów
się połączy.
- Zostaw to.
- To?
- Tak. Proszę.
Droga przemijała im pod stopami. Czasem pędzili samochodem,
czasem rowerem, czasem po prostu spacerem podążali przed siebie. Wskazywali na
góry, na kwiaty, na budynki, na przyrodę. Spełniali, poświęcali i tworzyli marzenia.
Są takie piosenki przy których zapomina o świecie, a ja mogę tylko patrzeć jak
zachwycona łapie się za głowę. To szczęście musi tylko trwać.
Patrzę jak wchodzisz po schodach zastanowiona. Otwierasz
mały prezent i wskakujesz w moje ramiona. Tulisz tak mocno, tulisz tak pięknie.
Czuję Twój zapach, czuję Twój dotyk, czuję, że jesteś tuż obok ,czuję, że
czujesz.
- Dziękuję.
- Nie ma za co.
- Nie zmieniaj tej piosenki. Nigdy.
Pod tym księżycem znowu się spotkaliśmy. Kołysaliśmy się, aż
wschodziło słońce. W czarnym samochodzie wszystko wyglądało inaczej. A jednak
My po prostu patrzyliśmy na siebie. Odbicia w spojrzeniu, połączone dłonie, i
ten jeden pocałunek. Ten który mógłby trwać wiecznie, ten który zmienia
wszystko, ten przy którym wybuchły wszystkie fajerwerki, ten który wywołał Wow, ten który zmienia sekundę w cud,
ten, ten, ten, ten o którym marzę teraz, ten który nastąpi już za chwilę, ten
który składasz Ty, ten który jest idealny. Ten złożony przy jednym utworze.
Singing little Blue Ridge Mountain Song
Komentarze
Prześlij komentarz