Once Upon My Mind
Siedząc zamknięty w pokoju, ronię łzy za przyszłością.
Zagubiony, bez oazy, ona już utonęła, zabita przez huragan. Nie mam dokąd
uciec, nie mogę już marzyć o gorącej plaży. Piękne marzenie umarło, natura
zabrała co nigdy nie było moje, odebrała nadzieję na godne zakończenie.
Jak można tęsknić za czymś czego się nie zaznało, jak może
brakować miejsca w którym nigdy się nie było. Nie poczuć jak palce toną, jak
skórę wypala piasek. W sercu pojawia się pustka za nieznanym, niepoznanym, zaginionym.
Moja wyspa, która zniknęła pod wodą, przyszły bliscy, którzy stracili życia,
nigdy Was nie widziałem, a teraz już nie zobaczę.
Teraz zostało już tylko szukanie, kolejne nowe narodziny.
Jeśli daleko nie ma już szczęścia, stworzę go najwięcej tutaj.
Moja słodyczy. Dla Ciebie zostawiam prezent. Taki mały,
dokładnie zapakowany. Niegdyś skuty łańcuchami, zamknięty na wielką kłódkę, z kluczem
wyrzuconym w przepaść. Teraz jest w Twoich dłoniach, teraz błyszczy nowym
światłem. Dla Ciebie zrobi wszystko, dla Ciebie zło zmienia w uśmiech.
Odwijasz kokardę, wysyłając figlarne spojrzenie. Jak
wspaniale widzieć Twoje szczęście. To Twoje dłonie sprawiają prawdziwy dotyk,
to Twoja obecność czyni mnie pełnym. Z Tobą lecę do nieba, z Tobą nie tonę. Nie
potrzebuję już wielkiego ognia, Ty płoniesz i ogrzewasz tę małą paczuszkę.
Z czarnej w czerwoną, coraz szybsze, coraz pełniejsze.
Dzięki Tobie bije coraz prawdziwiej.
Zagraj ze mną jeszcze raz. Ty zaśpiewaj, Ty przejedź po
strunach, Ty uderz w bębny, Ty krzycz. Bądź
ucieczką w kilka nut, bądź azylem dla melodyjnych myśli. Razem atakujemy
smutek, Razem budujemy.
Każdy pocałunek
płynie w żyłach, Twoja energia ożywia każdy pokój. W bałaganie, w porządku, Ty
układasz puzzle Naszego istnienia. Cudownie mieć wszystkie kawałki, wspaniale kończyć
największą łamigłówkę wszechświata.
Dzień przed Dniem.
Wspomnieniem, prawdą. Jedną podróżą samochodem, jednym telefonem. Kilka
prostych słów, które na zawsze zmieniały życia. Wbiły noże tęsknoty, tych nigdy
już się nie usunie. Opadłem z sił, oparty o słupek, patrzyłem jak ludzie
przechodzą. Tysiące myśli, które nie potrafiły złożyć się w jedną myśl. Kilka
kolejnych kroków i zalanie łzami. Tego dnia upadliśmy i choć teraz stoimy,
zawsze jedną nogą po drugiej stronie.
Wspominam ostatnie
spojrzenie, ostatni dotyk i przytulenie. Ciepło i zapach, Twój wygląd, Twój
głos. Twój uśmiech, Twoją obecność, Twoje istnienie. Ostatnie zdanie, finalne
wyznanie miłości. W jednej chwili rodzina, dwóch mężczyzn, ostatni raz podało
sobie dłonie. Umarły demony, zginęła choroba, zabrała Cię ze sobą.
Teraz siedzimy,
wspominamy i płaczemy. Nigdy nie zapominamy i ciągle opowiadamy. Razem z Tobą
oglądam, razem z Tobą wiem, że też byłbyś szczęśliwy. Każdy sen poprzedzam
krótką rozmową. Wysyłam Ci monolog. Czekam, aż odpowiesz. Ja zawsze będę.
Dopóki nie będę obok, będę czekał.
Tato.
Czas płynie coraz
szybciej. Nie wiem kiedy zaczyna się wieczór, nie wiem, czym jest noc. Cały
dzień zmęczenia, zakończony bezsennością. Z boku na bok, szukając odpowiedzi na
pytania. Zamknięty w ekranie monitora, stres to przyjaciel, który wiecznie
towarzyszy. Brakuje sił by stać, usiąść, upaść.
Oddech.
Coraz więcej zamyka
się drzwi. Teraz mogę to docenić, teraz nie brakuje wszystkiego co było. Jestem
dwojaką energią, która codziennie szaleje. Ciągle sprowadzany na dno, szukam
weny w Twoim spojrzeniu. Chciałbym napisać więcej, chcę przelać każdą myśl i
znaleźć się po właściwej stronie. Porzucić rozrywkę na rzecz daru, zostawić
spokój by znaleźć go na zawsze. Dlaczego nie mogę znaleźć poświęcenia?
Złap mnie za dłoń,
przeprowadź tam, bym mógł odetchnąć słowami na kartce.
Słyszę bębny. Widzę
jak unoszą mnie na rękach. Jak prowadzą, jak chwalą. Widzę obolałe dłonie,
poranione palce, widzę oddanie. Patrzę w tysiące par oczu, oddaję ciężkie
rozdziały. Zamykam w księgach swoje udręki. Tworzona fikcja, zaznany fakt.
Czekając, aż znów kartki utoną w atramencie. Gdzieś głęboko dalej żyje
marzenie. Jedno podium, złoto w rękach, uniesione ku górze. Płynące łzy i
podziękowania. Widzę oklaski, widzę te tłumy, które patrzą tylko na mnie. Najwspanialsze
docenienie.
W tym wszystkim, to
Ty jesteś obok. Znów słodko śpisz, ja tworzę, co chwilę spoglądając. Marzenia
zeszły na drugie plany, gdy Ty tyle ich spełniłaś.
Sprawiałaś, że
przestałem się gniewać na to co już przeminęło. Wybaczyłem prawie całemu światu.
Za złe trzymam już tylko jedno, ale nie muszę już o tym mówić, nie muszę pisać
i wspominać. Teraz życzę już tylko wszystkiego dobrego, nawet jeśli z kimś
żegnam się na zawsze. Teraz wkurzam się na teraźniejszość, ale nie zostawiam
jej ze sobą. Nie chcę by na mnie ciążyła klątwa, nie chcę czuć się uderzonym,
bo wtedy nie mam sił by dla Ciebie tworzyć szczęścia. Nie myślę już o
niespędzonych nocach, bo Ty już każdą spędzasz obok. Nie muszę się bać samego
siebie, bo Ty i tak kochasz.
Skąd wiemy, skąd
jesteśmy pewni? Pytali mnie nieraz, ale dopiero teraz wiem, że ta odpowiedź
jest taka zwyczajna: Po prostu.
Ze wszystkim trzeba
iść na całość, dzięki Tobie nauczyłem się i tego. Nie ma już półśrodków, nie ma
prób. Albo coś jest albo znika na zawsze. Nie można kochać i opuszczać, nie
można tęsknić bez prawdziwego braku. Zostaję tu z Tobą, wsłuchując się w bicie
serca, bo teraz wiem, że dotarłem do celu. Czuję Ciebie i nareszcie czuję
siebie. Choć jesteśmy na początku drogi, w końcu wiem, że nie ma ona końca.
W chwilach ciszy,
sekunda refleksji. Czy ktoś myślał o tym co będzie? Choć na moment zastanowił
się co robi. Żyła dla swojego szczęścia, dla swojej przyjemności. Zostawiając
codziennie wiadomość, cieszyła się brakiem odpowiedzialności. Czy za każdym
razem, za zamkniętymi drzwiami, uśmiechała się szyderczo? Czy jedyne
pozostawione słowa widziane było jako prawdziwe? Sprowadzony na kanapę, na
płatną spowiedź, w godzinach leczenia. Czy wiedziała, że do tego dojdzie? Czy
tego właśnie chciała? Czy chciała zatrzymać mój zegar, żeby przyspieszyć
wszystkie swoje?
Zdjęcia zamykają
sekundę, nie trzeba myśleć o pozostałych. Można pozostać w jednym obrazie.
Dlaczego malowane spojrzenia dalej potrafią mówić? Czasem boli serce w myśli,
ale ginie w odwróceniu uwagi. Czy kiedyś pomyślała jeszcze raz? Jeszcze jeden
oddech.
Ostatni raz, w
prawdzie. Czy naprawdę tęskniła, czy naprawdę mówiła prawdę, czy choć raz
mogłem być czegokolwiek pewnym? Nie mam urazy, nie wiem, czy chcę odpowiedzi.
Po prostu oddycham i znikam. Zostawiając te słowa. „Czy” zmieniam w kropkę i
zanikam z tamtego świata. Gaszę finalną świecę i zamykam oczy.
Mam jeszcze w sobie
tyle słów, tyle wyznań. Tych pełnych smutku, tych wypełnionych miłością i
uczuciem i tych, które po prostu są niczym. Mam nadzieję, że w końcu podejmę te
właściwe kroki. Chciałbym tworzyć kolejne marzenia, a nie trzymać się tych już spełnionych.
Chciałbym żyć szczęściem, a nie tylko go szukać. Znaleźć siłę by stać się
najlepszym, dla Ciebie, dla Nas i dla siebie.
Teraz czas stać się
lepszym człowiekiem, takim który nareszcie czuje się spełniony. To tutaj leży
mój największy sekret. Wiem co robić, ale się boję. Wiem czego chcę, ale ciągle
zatrzymuję się przed początkiem. Ile można jeszcze mówić to samo, ile próbować,
ile jeszcze będę tylko próbował, zamiast po prostu zrobić.
Bez obietnic, bez tajemnic.
Nie chcę już mówić „kiedyś”. Obym w końcu powiedział…
Teraz.
Całość pisana do najnowszego
albumu James’a Blunt’a pod tytułem Once Upon My Mind. Szczerze polecam.
Komentarze
Prześlij komentarz