Nie chcę już.
I co powiedzieć poza tym, że radzić już sobie nie potrafię? Cóż rzec jeśli nie to, że umieram. Każdego dnia czuję, że zbliża się koniec. Depresja jak narkotyk wyżera od środka, nic już nie pomaga. Z odurzeniem źle, bez niego jeszcze gorzej. Wieczór spędzany na tuleniu syczącego przyjaciela. Jedynie dym nigdy nie opuszcza, ale nawet on nie daje już ukojenia. Trzęsą się ręce, bolą nogi, wysiada serce, a łzy lecą same. Czas na zgon, czas na do widzenia.
Odwrócił się i zobaczył ją wychodzącą. Jedno spojrzenie od którego nigdy nie potrafił się powstrzymać i ona już wiedziała. Podeszła, zapytała i dostała czego chciała. Powolnymi krokami zbliżała się. Oparła się i go powąchała. Wszystko w co wierzył ginie dużo przed jego oczyma. Każda prawda zanika, gdy ona wyciąga rękę. Łapie go za to za co nawet pan Bóg wyskakuje i się uśmiecha. Jego dotyk błądzi, a trzeźwy umysł zabiera dar reakcji. Ona spogląda i odchodzi. Jezusie dlaczego znowu. Dlaczego tu, teraz. Jak, gdzie i dokąd. Obejrzał się raz jeszcze, a jej już nie było. Został sam z wzwodem i nieznanym dotąd uczuciem. Stęsknił się za czymś dawno utraconym. Zasyczał po raz ostatni i wbił kolejną bilę.
Noc powoli zapada, a deszcz opada na mą głowę. Każdy oddech zdaje się być problemem, gdy całe ciało chce się wyłączyć. Klękam na mokrym chodniku i pozwalam łzom opadać. Nie mam już na nic siły. Chcę tylko tu zostać i już się nie obudzić. Nie szukam już ratunku, bo on i tak nie nadejdzie. Dlaczego ten, który najbardziej chce się śmiać jest tym który pragnie bezdechu? Chciałem lekarza, chciałem leki i znowu nic się nie udało. Zabijcie te resztki, które jeszcze pozwalają wstać. Nie chcę już. Naprawdę mam dość.
Otworzył kolejne drzwi, a tam zobaczył ją z dzieckiem w dłoni. "To Twoje!" - krzyknęła, a on wzruszył się jak nigdy wcześniej. Uściskał ich obu i pobiegł do rodziców. Uciekł się pochwalić i zapomniał. Ich już nie ma, a on ma tylko ich. Jeden obrót, a cała miłość umarła w ciemnym rowie. Moje kochanie, moje piękne dało mi dar życia, a teraz musi patrzeć na tego jak zostaje mu to zabrane. "Zawieź nas do domu" - poprosiła, dotykając go po ramieniu. Gdzie jest dom? Gdzie te nasze marzenia? Czy one też umarły? "Ktoś puka" - powiedziała tuląc małą do piersi. On już wiedział, że to ostatni raz, gdy ich zobaczy. To może być tylko jedna osoba. I tam właśnie upada. "Serce z kamienia na zawsze zostaje skruszone" - widnieje na jego nagrobku. A on gdzieś tam krąży. "Nigdy nie zapomnij" - które każdej powtarzał. Nic innego dla niego teraz się nie liczy. Przepraszam. Przepraszam was wszystkich.
Odwrócił się i zobaczył ją wychodzącą. Jedno spojrzenie od którego nigdy nie potrafił się powstrzymać i ona już wiedziała. Podeszła, zapytała i dostała czego chciała. Powolnymi krokami zbliżała się. Oparła się i go powąchała. Wszystko w co wierzył ginie dużo przed jego oczyma. Każda prawda zanika, gdy ona wyciąga rękę. Łapie go za to za co nawet pan Bóg wyskakuje i się uśmiecha. Jego dotyk błądzi, a trzeźwy umysł zabiera dar reakcji. Ona spogląda i odchodzi. Jezusie dlaczego znowu. Dlaczego tu, teraz. Jak, gdzie i dokąd. Obejrzał się raz jeszcze, a jej już nie było. Został sam z wzwodem i nieznanym dotąd uczuciem. Stęsknił się za czymś dawno utraconym. Zasyczał po raz ostatni i wbił kolejną bilę.
Noc powoli zapada, a deszcz opada na mą głowę. Każdy oddech zdaje się być problemem, gdy całe ciało chce się wyłączyć. Klękam na mokrym chodniku i pozwalam łzom opadać. Nie mam już na nic siły. Chcę tylko tu zostać i już się nie obudzić. Nie szukam już ratunku, bo on i tak nie nadejdzie. Dlaczego ten, który najbardziej chce się śmiać jest tym który pragnie bezdechu? Chciałem lekarza, chciałem leki i znowu nic się nie udało. Zabijcie te resztki, które jeszcze pozwalają wstać. Nie chcę już. Naprawdę mam dość.
Otworzył kolejne drzwi, a tam zobaczył ją z dzieckiem w dłoni. "To Twoje!" - krzyknęła, a on wzruszył się jak nigdy wcześniej. Uściskał ich obu i pobiegł do rodziców. Uciekł się pochwalić i zapomniał. Ich już nie ma, a on ma tylko ich. Jeden obrót, a cała miłość umarła w ciemnym rowie. Moje kochanie, moje piękne dało mi dar życia, a teraz musi patrzeć na tego jak zostaje mu to zabrane. "Zawieź nas do domu" - poprosiła, dotykając go po ramieniu. Gdzie jest dom? Gdzie te nasze marzenia? Czy one też umarły? "Ktoś puka" - powiedziała tuląc małą do piersi. On już wiedział, że to ostatni raz, gdy ich zobaczy. To może być tylko jedna osoba. I tam właśnie upada. "Serce z kamienia na zawsze zostaje skruszone" - widnieje na jego nagrobku. A on gdzieś tam krąży. "Nigdy nie zapomnij" - które każdej powtarzał. Nic innego dla niego teraz się nie liczy. Przepraszam. Przepraszam was wszystkich.
Komentarze
Prześlij komentarz