Malarz i jego Obraz


Wędrowcze, namaluję Ci obraz. Powiedz o czym myślisz. Nie, nie, wolniej, spokojniej. Naprawdę? I to było takie piękne? Och, Pan jest szczęściarzem. Biorę pędzel, biorę farby i maluję Pana i to wszystko co ma Pan przed oczami. Ja tak potrafię, przysięgam, a jak nie, nic pan nie płaci, a obraz na zawsze znika. Niech Pan mówi, no proszę. Jedna noc, jedna osoba. Tak, wyobrażam to sobie. Co dalej, co dalej? Czarna suknia, magiczne spojrzenie, pocałowana para? Och, to będzie trudne. Nie niemożliwe, ale skomplikowane. Dalej dalej. Oni tańczą, tak? Jejku. Wychodzą na zewnątrz i całują się, gdy wokół jest śnieg? Cóż to za marzenie… aaa, to prawda? No dobrze no. Co jeszcze? Piasek? Plaża, tak? Morze. Dwójka osób, która trzyma się za ręce… z Pana to romantyk co? Ale to już marzenie, nie? Takie, które Pan chce? Takie… Aaa, takie. No dobrze. To namalujmy to. Sprawmy, żeby obraz raz na zawsze ożył.


Na tej części namaluję brzeg. Pan niech mówi dalej, niech nie zasypia, nie odpływa, nie płacze i się nie śmieje. I dobrze, wiem, że to niemożliwe. Tu będzie morze. Tu piasek, a tu listy, które Panu przysłali. Panu i komuś? Niech tak będzie. Może któryś otworzę? Może przeczytam Panu treść? Pan już ją zna, no dobrze, niech tajemnica zostanie zachowana. Na tym piasku jest ogień? Wokół płoną pochodnie? A wie Pan, że to niebezpieczne niedaleko drewnianego domku? Ach, pomyślał Pan o tym. A wie Pan… Może ja już nic nie mówię. Może tylko maluję. Swój idealny obraz.

No widzi Pan… te pochodnie zapłonęły i nie potrafiły zgasnąć. Piasek był ciepły, a woda pozwalała ochłodzić każdy entuzjazm. Kładłem się i czułem przypływ wszystkiego. Słońce już dawno zniknęło, gwiazdy świeciły jasno. Czułem, że cały świat zamienia się w jedną kropkę, jedno miejsce które błyszczy. Wie Pan… jakby każdy krok i decyzja prowadziła do jednej okazji, do jednego oddechu, który będzie tym prawdziwym? Wie Pan… czasem ogień płonie w środku.


Nie liczy się dusza, nie liczy się serce, nie liczą się myśli, ani czyny. Jak tak na Pana patrzę, wiem, że Pan to rozumie. Czasem artysta zrozumie wszystko. Czy maluje, czy pisze, czy śpiewa, czy robi zdjęcia, czy  tworzy inną sztukę, czy po prostu jest… Czasem to po prostu czuje się, tak inaczej, tak po prostu. Nieważne co Pan zrobi, nieważne jak obróci się Ziemia, po prostu tak jest, tak pozostanie. Czasem wystarczy jedno spojrzenie, momentami  jeden taniec,  a czasem jedno chluśnięcie wody… Człowiek nigdy nie wie, gdy go złapie, ani gdy z nim pozostanie. Wszystko się pragnie i wszystko co nigdy nie przyszło na myśl, jedna chwila i wiele innych. Pan to wie. Pan musi to wiedzieć.


Wiem Synu. I maluję coś pięknego, maluję obraz mojego życia. Popatrz na te kolory, popatrz co teraz przyszło mi do głowy. Pomocniku, zamknij warsztat, chcę namalować jeszcze jeden. Chcę paść przy sztaludze, która świeci teraz przed moimi oczyma, chcę uwierzyć w swoje dzieło. Panie, proszę się nie ruszać. Pan inspiruje, Pan sprawia, że chcę tworzyć, nawet jeśli cały świat chroni Pana w swej małej dłoni. Też taki byłem, dalej jestem. Marzenia, wspomnienia, chwila, to tylko moment, który chwyta Dwójkę i resztę świata. Nie wzruszajmy się oboje. Ja skończę malować, a Pan niech mówi dalej. Wie Pan, chwilami człowiek nawet nie wie, ze za czymś tęskni, a jednak to jest i pozostanie na długo. Niech Pan da mi moment. Nie potrafię.


Samotny malarz odszedł kilka kroków, usiadł na przystani, uronił kilka łez i zarzucił wędkę, jakby zapomniał o wszystkim innym. Ocierał się chusteczką i czekał. Pan podszedł do sztalugi, obrócił się w jej stronę, spojrzał na obraz, który sprawił, że zapłakał. Wszystko było idealne, takie jak sobie wyobraził,takie jak widział świat dwóch połączonych osób. Zatrzymał kilka spadających gwiazd, ujął zachodzące słońce, nawet fale wyglądały jakby miały zaraz uderzyć w ich dusze. Piasek błyszczał jakby miał ogrzać cały świat, a te pochodnie płonęły szczerym światłem. Uronił łzę, otarł ją dłonią, zamknął oczy i przypomniał sobie, że świat naprawdę może być idealny. Obrócił się, by zapłacić, by podziękować, ale tam nie było już nikogo. Rozejrzał się wokół, ale zniknęły farby, zniknął parasol, zniknęły pędzle i wszystko inne co było prawdziwe. W oddali szumiało morze, bryza kwaterowała się w jego płucach, Słońce błyszczało, a ciało stawało się coraz cieplejsze. Przed Nim stał ten jeden obraz, ten piękny złapany odcinek życia, które miało dopiero nadejść. To arcydzieło.


Just to be the man who walks a thousand miles
To fall down at your door

Komentarze

Popularne posty