Spotlight
Goodbye
Czas usiąść na ganku i zagrać na gitarze. Nie potrafię.
Przyszło brzdękać, strzelać struną, jedną tu, jedną na Banjo. Głupie rytmy,
puste opowiastki przepełnione kłamstewkami, och, co to za nowe nuty, co to za
pauzy, zawahania i upadające klucze. Brakuje już czasu, brakło go, gdy
nakręcono zegar. Zwiędło ognisko, a dalej siedzimy.
Too Good at Goodbyes
Za dobrze poszło, za dobrze było, za dobrze zniknęło. Tak
długo można się przesuwać do przodu, ile uderzać głową w mur, nie jestem w
stanie mówić do widzenia, gdy nie ma powitania. Zanurzam się cały, nie próbuję
już łapać powietrza, wystarczą mi opary. Łapię łańcuchy, na nowo zaciągam je na
swoje istnienie, dobrowolnie mogę zamknąć się na kłódkę. A klucz przyjdzie
gdzieś schować, gdzieś tak głęboko i daleko, że już sam jutro zapomnę.
Nothing Left For You
Ach, usłyszałem znów pukanie do mych drzwi. Jakiż Anioł
czeka na wycieraczce, jakiż Skarb przyniósł mi świata, co teraz na mnie czeka.
O, może to jakieś kwiaty, może ktoś napisał mi list, może ktoś o mnie pamiętał.
A tam, za nimi, kolejne. Do każdych ktoś puka, za każdymi
jest pusto, za nimi tylko echo. Nic.
Czas się obudzić, ocknąć. Dość realnego bujania w obłokach,
pauza w otwieraniu kolejnych. Niech mnie nie wciąga już ta Czarna Dziura, niech
moje krzyki nareszcie się uwolnią.
Płonę.
Perfectly Good Guitar
Kolejnego ranka bolały mnie plecy. Tak cholernie mocno je
czułem. Jakby ktoś po mnie chodził, jakby ktoś się wspinał, dalej, wyżej. Strzeliłem
na karku i wziąłem głęboki oddech, próbując się wyprostować. Złamali tę część
mojego istnienia, rozwiązali każdy problem. Czas wyjść. Czas znowu się przejść.
Czas znowu spędzić na szukaniu oddechu.
Łamie mi serce jak pęka nuta, łańcuchy ściskają je do krwi.
Na końcu drogi i tak słońce wschodzi.
Spotlight
Już nie ucieknę,
prawda? Temu się nie da uciec. Nie da się uratować, nie da się walczyć. Byłem
pewien, że przebiłem się przez wszystko, że prawdziwa walka zawsze znajdzie
zwycięstwo. Uwierzyłem, że da się zrobić więcej niż wszystko, że idealność
tworzy się w oczach i marzenia spełnia się jednym gestem.
Wracam na swoją pustą
scenę. Do tego samego mikrofonu.
Teraz jednak pada na
niego światło reflektora. Zbliżam się, śpiewam, rapuję, recytuję, krzyczę,
płaczę, śmieję i rozbawiam, bawię się słowem, bawię się uczuciem, radością i
smutkiem, jestem zagubiony w załamaniu, pełny w odrodzeniu, tak dobrze jest mi
tu oddychać, tak dobrze wierzyć, że jestem tu sam.
To już ten moment w
którym wybieram, że taki pozostanę. Nie udaje, nie próbuję, nie szukam, nie
walczę, co się stanie to się stanie, jeśli wierzysz świat ześle Ci szansę, w
oceanie cytatów, powtarzanych pół-prawdy, robię przy nim obrót.
Nie jestem już taki
sam. Już nigdy nie będę. Nie obejrzę się za siebie. Nie mogę, już po prostu nie
mogę, wiem, że tylko to może mnie zgubić. Rozbiłem ostatnie cierpienia, teraz
odpuszczam nawet cierpliwość. Nie chcę już upadać, nie chcę łapać się dłonią
najniższych stopni, żeby znowu ktoś podeptał mi ręce. Nie wiem, czy jeszcze
ktoś kiedykolwiek mnie usłyszy, nie wiem, czy za niedługo nie zniknę.
To nie moje miejsce.
Czuję jak to światło pali coraz mocniej, wysiadają mi struny głosowe, odwadniam
się od łez, bolą mnie policzki od śmiechu, nogi od stania, głowa od nadziei.
Czas samemu się ratować, samemu sobie pomóc, czas spróbować bez próbowania.
Mówią też, że wszystko
dobiega końca, pierwszy raz czuję, że to bezpośrednio odnosi się do mnie. Jestem
tylko jedną huśtawką na karuzeli. Biorąc głęboki oddech, odcinam się i odlatuję.
Poturbowany, pocięty, zakrwawiony, uśmiechnięty, z małą łezką sięgam po
mikrofon.
Chcę się nauczyć. Chcę
wiedzieć.
Nie chcę już być
stopniem i nie chcę czuć się jak błąd nawet, gdy myślałem, że wszystko robię
dobrze.
Takiego pojęcia nie
ma. Razem z uczuciem, zanika coraz bardziej.
Zostaje tylko dusza,
zostaje tylko ostatni oddech.
Ostatnie pożegnanie i
przeżegnanie.
Łyk, ciepło i uśmiech.
Toast za życie.
Finish Line.
Komentarze
Prześlij komentarz