Ucieczka
- Przymierz.
Założył na siebie czarną marynarkę i uniósł lekko ramiona. Jak ulał.
- Widzę, że dalej pasuje.
- Raczej na nowo.
- Dużo zrzuciłeś?
Spojrzał na siebie w lustrze.
- 6,5 kilograma.
Poprawił rękawy i obrócił się bokiem. Później drugim.
- Który krawat?
- Zapakowany.
Podała mu plastikowe opakowanie. Wyciągnął ze środka czarny
krawat i zaczął go wiązać.
- Nauczyłeś się już tego drugiego sposobu?
- Jak myślisz?
- Że jutro przyjdzie na to czas.
- A może nawet później. – zwrócił się w jej stronę, a ona
poprawiła mu kołnierzyk.
- Bardzo się zmieniłeś.
- Najwyższy czas.
Przeszedł kilka kroków i wziął głęboki oddech.
- Obuwie, sir.
- Pamiętam.
Włożył pojedynczo stopy do błękitnych półbutów. Odwrócił się
i przechylił głowę.
- I jak?
- Jeden zmysł zamknięty. – wyciągnęła z drewnianego pudełka
małą, szklaną buteleczkę. – Czas na drugi. – zbliżyła się i prysnęła kilka razy
na jego kark. Uniosła jego dłonie i tak samo pokryła nadgarstki. Lekko
odchyliła koszulę i tam posłała ostatni czar. – Z tymi butami to może i trzeci
mamy za sobą.
- Czwarty już też załatwiłaś.
- Piąty należy do Pana.
Jeszcze raz spojrzał na lustro. Przez chwilę stała obok.
Później rozpłynęła się razem z oparami.
Włożył do kieszeni portfel, zapałki i telefon. Szybkim
krokiem zszedł po schodach i złapał za klamkę. Ostatni raz spojrzał za siebie i
wyszedł na zewnątrz. Odliczył w myślach metry i znalazł się tuż przed bramą.
Schylił się, odpalił zapałkę i rzucił nią w pas wcześniej wylanej benzyny.
Wyścig małej iskry, do wielkiego zbiornika. Zaczął się cofać i patrzyć jak
wszystko powoli samo się uwalnia. Z każdego okna zaczęły wystawać płomienie. W
jego oczach odbił się gorąc.
Wsiadł do limuzyny i odjechał.
Światła miasta przecinały mu
twarz. Belle Nuit.
- Za ile dojedziemy?
- Dziesięć do piętnastu minut.
Ułożył się wygodnie i czekał. Po
kilku sekundach nareszcie usłyszał syreny w oddali. Chwilę później minął ich
wóz strażacki, a za nim policja. W środku nie znajdą żadnych dokumentów, ani
ciała, a jednak uznają, że właściciel musiał zginąć. Po prostu musiał.
- Czy to to o czym myślę, sir?
- Owszem. A to nasz ostatni kurs.
– przesunął się na siedzeniu i przez małe okienko podał kierowcy kopertę.
- Jest Pan zbyt hojny.
- Tak mówią… Tak mówili.
Nawet policjant, który niegdyś
siedział obok niego w ławce, teraz stwierdzi, że to musiał być koniec. Jednego dnia tego wszystkie było już za dużo
i podpalił nawet fundamenty.
Poczuł jak szybciej bije mu serce
i jak stres z adrenaliną powoli zaczynają się odzywać. Coś czego nie czuł już
bardzo długo. Tylko teraz nie ma już cofania, teraz nie ma próbowania.
- Chciałem tylko powiedzieć, że
dziękuję Panu za wszystko. Moja żona i ja nigdy tego nie zapomnimy.
- Wiem. – znał ją wiele lat.
Dłużej niż jego. Za długo.
- Nie jestem Pan sam.
- I tutaj właśnie się nie
zgadzamy.
Ta sama śpiewka, te same zło, ta
sama pauza. Niekończąca się pętla wariactwa.
- Proszę ją za to pozdrowić. Może
jeszcze kiedyś się odezwie.
- Ona przeprasza, sir.
- Ona ma to wszystko w dupie, sir. Możesz mnie tu wysadzić.
Zatrzymali się.
- Wiesz do kogo jest zaadresowana
ta koperta, ale zrobisz z nią co zechcesz.
Wysiadł.
Kilka stopni i znajdzie się na
wyżynach. Przystanął na moment niedaleko kamiennych schodów i zaczął patrzeć na
wchodzących gości. Wszyscy w pośpiechu pędzili do Sali pełnej duchoty i
nietypowych przekąsek. On odpalił cienki cygaro i dalej obserwował. Panna w
czarnej sukience trzymająca jednego faceta, a patrząca na drugiego, pewnie
mając w myślach trzeciego. Błyszczała bransoletkami, kolczykami i naszyjnikiem,
które pewnie założyła tylko na tę okazję. Za nią pseudo-pary, pokaz chwili,
starszy, gruby mężczyzna w tanim garniturze, z umalowaną kobietą u boku. Nikt
się nie zorientuje, że to prostytutka.
Zaciągnął się i wypuścił duży kłąb
dymu.
No proszę. Niebieska, zwiewna sukienka do kolan, te same
ciemne-blond włosy i to samo spojrzenie. Znowu skierowała w jego stronę, ale
tym razem odesłał w jej stronę tylko dym i pogardę. Szła pod ramię z innym, a
jednak nie z tym co trzeba. Na spojrzeniu znów wszystko się zakończy, nawet jeśli
w jej skrzynce też pozostawił setki wiadomości.
Kto jeszcze, kto jeszcze?
Czerwona suknia i spięte włosy.
Makijaż okazyjny, jak i partner. A jednak poczuł mocniejsze uderzenie w sercu. Destiny. Nie jego słowa, a jej. Każdego
dnia, aż wbiła pierwszy gwóźdź w budowie jego trumny. Próbowała spojrzeć w jego
stronę, ale gdzieś w połowie drogi, znów odwróciła wzrok. Czuła to. Wiedziała.
Przeczytała.
Powoli dopalał swój brązowy skarb.
Schodziły się tłumy, a on poczekał jeszcze chwilę.
I tak niedługo umrze już przedostatni
raz.
Wspiął się po schodach i to on
zamknął drzwi.
Wkroczył na salę i rozejrzał się
po tłumie. Część z nich zamilkła i spojrzała w jego stronę. Czuł się
wywyższony, choć raz, przez sekundę, dosłownie stojąc nad wszystkimi. Poczuł,
że daje im ostatni znak, tylko teraz nie oczekując już odpowiedzi. Wziął
głęboki oddech i spokojnie zaczął schodzić w stronę zgromadzenia. Gdy jego buty
dotknęły parkietu, poczuł wiele napływających wspomnień. Chciał złapać te
pozytywne, a negatywne pozostawić w płomieniach swojego domu, doskonale
wiedząc, że tam spłonęły już wszystkie.
Widział jak kiedyś tutaj po prostu
i wpatrywał się w poruszający tłum. Ludzie radowali się, skakali, zbliżali, a
on udawał, że czeka na odpowiedni moment. Za każdym razem, gdy robił krok,
gdzieś tam, ktoś robił szybszy. Teraz nie szukał już niczego. Wiedział, że
szansa tego życia już umknęła, a każda inna została zniszczona.
Zrobił kolejny krok.
Tutaj tańczył, raz szybko, raz
wolno, raz z gracją, raz z nietrzeźwą głową. Tutaj się uśmiechał, tak jak nie
robił tego od lat. Na podobnych deskach parę kroków zmieniło całe istnienie i
sposób oddychania. Jeden zwrot potrafił odmienić przeznaczenie.
Teraz chciałby tylko zawrócić.
Wszyscy spuszczali wzrok, ale w
tej sekundzie, on też to zrobił. Bał się osądu, bał się tego przejścia, które w
sumie już dawno się dokonało. Podniósł głowę i spojrzał raz w lewo, krwawiąc,
że nie zasługiwał nawet na jedno proste Nie,
a potem na drugą, że nie zasługiwał na nic. Nie zasługiwał na nic. Jako idealny
pionek i stopień do ważniejszych rzeczy w życiu, nie zasługiwał na nic.
Nareszcie podszedł do schodów na
drugim końcu Sali.
Rozejrzał się ostatni raz. Dwójka
kelnerów zbliżyła się do niego z szampanami, każdy włożył mu do kieszeni mały
przedmiot, a on wziął jeden kieliszek.
Salute! – wykrzyczał i wypił go duszkiem.
Wszystkie spojrzenia skierowały
się w jego stronę.
Rzucił szkłem na posadzkę. Z
kieszeni wyciągnął dwa granaty, odbezpieczył je kciukami i rzucił w stronę
tłumu. Odwrócił się i tym razem, bez oddechu, bez spojrzenia pobiegł w stronę
wyjścia.
Z końca małych pojemników
wydobywał się dym, a ludzie zaczęli się dusić. Nieważna była suknia, nieważne
były błyskotki ani partnerzy, w jednej sekundzie wszyscy znaleźli się na równym
poziomie. On usiadł na tyle innego samochodu, wiedząc, że nareszcie jest ponad
to. Nareszcie jemu przyszło coś zostawić i spełnić swoje przeznaczenie. Pierdolone Przeznaczenie.
- Dokąd, sir?
- Teraz to już bez różnicy. –
uśmiechnął się. – Na lotnisko.
Wszyscy leżeli na posadzce. Wszyscy
żyli, ale sami nie byli tego świadomi. Nie byli i nie będą świadomi swojego
zniszczenia i zła, egoizm, który wylewa się litrami, którego sam musiał
doświadczyć, próby, których nawet nie podjęli i zdrady, które były ich chlebem
ponad powszednim.
- Kto by pomyślał, że jeśli
zostawi się człowieka samego, to jest zdolny do wszystkiego?
- Słucham?
- Po prostu jedź.
Zrozumiał, że nigdy nie zmądrzeją.
Niektórzy nigdy nie zrozumieją swoich czynów, nigdy nie nauczą się na błędach,
nie wyciągną wniosków ani się nie zastanowią, a żyć trzeba. Każdy na swój
sposób.
- Podjęli decyzje, tak samo jak
ja.
- Słucham?
- Jedź.
Spojrzał ostatni raz na swój
telefon. Zaśmiał się, gdy zobaczył zero wiadomości. Wyrzucił go przez okno i
ucieszył się, gdy rozjechał go innych samochód.
W trzech czynach spełnił wszystkie
obietnice, które dali mu inni. W trzech czynach dokonał przeznaczenia o którym
za dużo się nasłuchał. W trzech czynach zakończył jedno życie.
- Tę wiadomość też oleją. Jak
wszystko inne. I wiesz co będzie najlepsze? Jutro ucieszą się, że przeżyli,
jakby to było cudem, a tak naprawdę jest darem. Moim ostatnim jebanym prezentem.
- Słucham?
- Zatrzymaj się.
Stanęli gwałtownie.
Wysiadł i zbliżył się do okna
pasażera. Kierowca opuścił szybę.
- Jesteś kretynem, jak my wszyscy.
Rzucił swoim portfelem na
siedzenie.
- Nie może Pan…
- Mogę wszystko. Nareszcie mogę
wszystko. A ty zamkniesz ryj na bardzo długi czas.
Skierował się w stronę wejścia.
Kierowca otworzył portfel, w
którym znalazł kilka tysięcy i wiele kart kredytowych. Ponad skórzany materiał
wystawała mała kartka. Wyciągnął ją i rozłożył.
Zszokowany wybiegł i próbował znaleźć
pasażera. W zasięgu wzroku nie było nikogo nawet odrobinę podobnego.
On właśnie czekał na autobus,
który zawiezie go na pokład. I znowu się uśmiechnął.
Uciekaj, póki ci życie miłe.
Komentarze
Prześlij komentarz