Ben Hazlewood
Głęboki oddech, a za nim krok. Długie westchnięcie, a po nim
następny ruch. Słuchawki w uszach, głośne melodie bijące w sam środek bolącej
głowy i niekończące się stopnie. W drodze wielu napotkanych, na chodniku tłumy,
które tylko przechodzą i patrzą, spoglądają, oglądają, uwolniony, uzdrowiony, z
kolejnym łykiem coraz bardziej uniesiony. Jakie to wszystko było proste, jak
łatwo było znaleźć odpowiedź na tyle pytań, ależ te drzwi zamknęły się z
łomotem. Powrót w zapomnianym uśmiechu, ubrania zrzucone, spokojny, krótki sen.
Deny
Uch, zapisałem kilka kolejnych słów, utkana scena, która
dotyka się z realnością przez weneckie lustro. Obracam się na krześle, krążę w
swojej głowie, w pełnych myślach, w częściowym uzdrowieniu. Gdy mówiłem, że nie
mogę, nie dam rady, że koniec jest mój, że wszystko upada, byłem głupszy, byłem
wybrakowany. Napełnia się kielich oddechu, zasypany papierami, zasypany uściskami,
wypełniony ciszą i słowem. Pozwól, że trochę przeleję.
Wsiadaj. Odpal. Odjedź. Pędź, ile tylko można, nie zapomnij
zapiąć pasów i włączyć odpowiedniej muzyki. Przy nastroju, znajdź się po
drugiej stronie. Otwórz okno, wystaw rękę i sprawdź jak wspaniale czuć naturę. Potem
znów wysiądziesz, usiądziesz na klifie, słońce uderzy Cię po twarzy, a Ty tylko
odetchniesz z ulgą.
Czuję się jakbym znów zapalił, jakbym na nowo poczuł jak
niszczący dym wchodzi i wychodzi z mojego ciała. Teraz czuję się, jakbym leciał
razem z nim, gdzieś tam, miał się rozpłynąć, stać się chmurką swojej jasności.
Whisky zaczęło uderzać do głowy, Bourbon zaczął grać na duszy, a ja znowu zacząłem
tańczyć i poruszać się do rytmu, znów zacząłem myśleć, że gdzieś tam istnieje
szansa na lepszy czas, przyszedł moment, przyszła chwila, przyszedł pierwszy
prawdziwy oddech od lat. Otwarły się kraty, wypuścili mnie z więzienia, w
dłonie wręczyli paczkę ze wszystkim co zostało mi odebrane, poklepali po
plecach i od razu wsadzili w odrzutowiec. Aż do teraz wbija mnie w fotel.
W oddali, tak bardzo daleko, ktoś wystrzelił racę, ktoś
wskazał mi drogę. Zarażony inspiracją, pierwszą nadzieją, uniesieniem ust,
zacząłem biec. Skończyła się nieistniejąca kondycja, skończył się oddech,
biegłem dalej. Nie wiedząc, czy ktoś prosi o pomoc, czy ktoś mnie woła, czy
ktoś mnie ostrzega, żebym się nie zbliżał, chciałem tylko przyśpieszyć, być już
na miejscu i wiedzieć. Musiałem się zatrzymać, musiałem odetchnąć, odpocząć.
Siedząc na kamieniu, spojrzałem jeszcze raz na czerwoną drogę na niebie.
Wyciągnąłem pistolet i wystrzeliłem swój znak.
Jak dziwnie poczuć, że jeszcze istniała szansa na ratunek,
że istnieją takie chwile, które zachowują od lotu w przepaść. Trzymaj się. Wszystko zatrzymało się w
czasie, a ja zacząłem lecieć, tak spokojnie unosić się ku górze. Powitano mnie
na pokładzie, podano drinka, posłano uśmiech, poklepano po ramieniu,
przyniesiono kartę. Nikt nie powiedział dokąd lecimy, ani kiedy dotrzemy na
miejsce. Czułem, jak nabieramy prędkości, bez żadnych turbulencji, obok gwiazd.
Lot mojego Życia.
Undone
Najpiękniejsza jest realność w której możemy swobodnie
oddychać.
Zacząłem pisać, inaczej, tak jak zawsze się bałem, a zawsze
chciałem. Było warto.
Zamknąłem książkę, która i tak nigdy nie znalazłaby
zakończenia, odcinając strony pozostawione na epilog. Wrzuciłem ją do ognia i
patrzyłem jak zmienia kolor płomieni. Uśmiechnąłem się na myśl, że może to
naprawdę początek happy end’u.
Obudziłem się w nowym i innym świecie, w miejscu w którym
mogę już tylko próbować, mogę się starać i napełnić nadzieją. Mogę oddychać. W
końcu naprawdę mogę oddychać.
W rytmie uderzeń serca, zatańczyć po raz kolejny.
Teraz już wiem, które sceny muszę napisać, a które stworzyć.
Rozumiem po co to wszystko było, dlaczego każdy nóż musiał się wbić tak
głęboko.
Nie jest idealnie. Nawet nie jest dobrze. Tylko jest lepiej.
Jeśli to czytacie,
jestem kimś innym, jeśli to widzicie, jestem gdzieś indziej, jeśli czujecie, ja
czuję razem z Wami.
Biegnę.
Komentarze
Prześlij komentarz