Tabula Rasa




Pamiętasz, jak spotkaliśmy się po godzinach? Zabrani w swoich upadkach, usiedliśmy na skórzanych kanapach i łącząc się w papierosowym dymie, wyrzucaliśmy każdy, najmniejszy sekret. W jednej sekundzie przyszło nam wstać i zbliżyć się do stołu, na którym rozgrywaliśmy grę swojego życia. Wiedziałem, że mogę wygrać ot tak, wiedziałem, że mogę po prostu zacząć, bądź skończyć wszystko w kilka ruchów. Spojrzałaś, powiedziałaś do mnie parę magicznych słów, zostawiłaś mnie ze stawką i decyzją. Wbiłem czarną bilę, nie w tej sekundzie w której powinienem, dałem Nam jeszcze jeden punkt.

Kiedyś musimy to rozegrać.

A gdybym tak wyszeptał Ci na ucho, że już rok wcześniej wiedziałem, że ta gra na zawsze pozostanie remisem?

Po raz kolejny pozwalałaś mi powiedzieć wszystko, przez chwilę naprawdę uwierzyłem, że jak powiem, że jak się odezwę, to naprawdę z setek list, zapisanych słów i obietnic powstanie realność. Wtedy znów się uśmiechnęłaś. Wzięłaś kolejny łyk, wypuściłaś następny kłąb dymu.

Ciekawe, czy już wtedy chciałaś mi powiedzieć, że nic to nie zmieni, że każda przepowiednia, która była dobra dla nas teraz płonie, a każda, która była przeciw już na zawsze triumfuje?

Wziąłem Cię pod ramię i razem przeszliśmy tyle dróg. W pewnej chwili rozłączyłaś, spojrzałaś i kazałaś mi zaryzykować, ustawiłaś resztę mojego życia przeciw każdej wizji. Z ostatnim uściskiem, powoli rozłączyłaś nasze dłonie i już się nie obejrzałaś. W ani jednej sekundzie.



Och, zacząłem na nowo się gubić. Kładąc się, ląduję w ciągłej spirali, z boku na bok, z boku na bok. Złap mnie i potrząśnij, daj mi przez chwilę mieć pustą głowę, o Boże, daj mi zapomnieć.

Za każdym razem dotykam początku. Tam gdzie wszystko się zaczęło, jeden koszmar, gdy byłem taki młody, taki mały, taki głupiutki, a oni to wykorzystali, uwięzili mnie w swoich kratach i bili mnie w metalowym pałkami, aż towarzyszył mi już tylko szum w głowie. Szum i świst, gdy jedną z nich dostałem w głowę.

A drugą chwilą byłaś ty, byliśmy my, był nasz brak, jedna pomyłka, jedno przyznanie się, takie zaskoczenie, że potem zawsze wybierałem milczenie. Raz przyszło mi zaryzykować i złamać każdą cząstkę swojego istnienia. Do dziś kawałki walają się po setkach tekstów i wierszy.

Teraz nie mogę, nie potrafię, nie dam na siebie zrzucić winy. To były znowu Twoje słowa, które mnie obudziły. Znowu mnie sprowokowałaś i doskonale wiedziałaś, czym to może się skończyć. Dla Ciebie to jednak nigdy nie mógł być koniec, może gdzieś daleko zostaliśmy uwięzieni w Twoich słowach, że za 20 lat przyjdzie Nasza szansa, Nasz czas i próba.

Jedyne do czego mam prawo, to bić w swoją głupotę. Też rzuciłem Ci drabinę, gdy wisiałaś nad przepaścią, ale znowu wolałaś się puścić i spaść na ostre skały, tak dałem znać, że do końca życia usuwam się w cień, a Ty i tak próbowałaś mnie z niego wyciągnąć. Czas na moje Katharsis, czas na mój początek wolności.



Zaciąłem się we wszystkim co przyszło następne i co było w trakcie. Przed, podczas, po, wszystko musiało się skończyć, wszystko musiało zdradzić. Jak doskonale było spojrzeć jak każde koło dalej się toczy, jak każdy trybik działa w perfekcyjnej harmonii. Tak idealnie beze mnie, tak doskonale beze mnie, tak wszystkim jest lepiej.

Zostawili mnie jak cichego obserwatora, zostawili na odczytanym, zostawili na blokadzie, pozostawili na lodzie, niech się śmieje przez łzy. I teraz robię tylko to. Teraz, później i dalej.

Nigdzie już nie jest śpieszno, gdzie mam dotrzeć i tak dotrę. Został mi tylko rok, gdy mogę się być wszystkim co byłem. Przyjdzie Tabula Rasa i znów przyjdzie nowa osoba.

Znowu wykorzystali moją dobroć i moją troskę, znowu wykorzystali mój syndrom i moje chęci, zamknęli oczy w różnych uczuciach, zamknęli oczy na świat, przymknęli drzwi na wszystkie możliwości.



Trochę przyszło mi poczekać, zanim pojawiły się uczucia z którymi mogłem napisać do tej piosenki. Uderzyła mnie od razu i niszczyła z każdym kolejnym przesłuchaniem. Poczułem się jak lata temu, gdy pierwszy raz usłyszałem ten głos i te inne uczucia, to wszystko co sam dzieliłem i sam czułem. Nie chciałem wierzyć w to, że ktoś jeszcze może chować się tak samo za kołdrą, za drzwiami, za każdym baldachimem, byle nikt nie patrzył na niego prosto, byle oczy nie spotkały się na dłużej niż sekundę.

Wszyscy wmawiali, że się mylę, że źle na to wszystko się zapatruje. Muszę uwierzyć, a co ma, ułoży się. Uczucie jest wieczne, tak duże i takie jakim się dziele, nigdy się nie kończyć. Nie ma najmniejszych szans, że kogoś będzie obchodził ktoś inny, zazdrość nie ma sensu i jest głupotą, nikt nie złamie Ci serca, uwierz mi, naucz się kochać, naucz się żyć obok, tak naprawdę nauczyć się żyć sam, gdzie coś dzieje się, gdzie ktoś coraz zbliża się, że w momencie, gdy Ty rozwalasz swoją pięść na ścianie i padasz upity, ze stresu już nie wytrzymujesz, ktoś swoje ciało zbliżał coraz bardziej tworząc najpiękniejsze chwile, które z niektórymi zostaną na całe życie, a innym będą ciążyć jak wielki kamień zawieszony na szyi. Biegałem jak ten Syzyf, tak nie będzie, a tak jest, boulder znowu wyjeżdża spod moich dłoni spada i wracam, tylko ja w pewnej chwili nie potrafiłem już dalej. Oparłem się o niego, odpaliłem papierosa i zobaczyłem realność, do której z każdym dniem, przyznawało się coraz więcej. Wszystko co nastąpiło po tym było już tylko światem po fakcie, było już spóźnionym pociągiem, gdy już dawno złapałem auto-stopa. Teraz mam znowu patrzeć na ten „wspaniały” świat i jak wszystko wszystkim się układa i idzie, jak można po prostu niektórych zostawić w tyle, ale pozostawić ze słowem i obietnicą, a zawsze wierzyć w coś innego. Tak, teraz daję wszystkim błogosławieństwa, niech całują się w czoła i biegają po tym całym jebanym globie, ja już dawno się wywróciłem, może gdy jeszcze raz na mnie nadepną, w końcu znajdę się w Chinach. Żyję marzeniami dzieci, żyję pragnieniem realności, na którą mam pierwszą i ostatnią szansę.

Z przypadku człowiek dowiaduje się, że jego życie stało się najpiękniejszym albo że właśnie legło w gruzem. Teraz zastanawiam tylko jak się czuć, gdy przypadek ukazał obojętność i wewnętrzną pustkę, ostatni raz wbity nóż.



Jedna sekunda, tyle zajmuje zobaczenie jednej fotografii. Dwie zajmują jej wyłączenie i rzuceniem telefonem po pokoju. Trzy, powstanie i zwykły śmiech.

A cztery, pięć i coraz więcej, każdy następny krok, minutę krokiem w tył patrząc na to jak każdy most zaczynać płonąć, kolejny obrót i spacer.

Głęboki oddech, odpowiedni utwór, otwarte drzwi po obu stronach samochodu. Uścisk, wejście do środka i przejażdżka, która trwa kilka godzin.

I tak z każdym przystankiem można nowo uwierzyć, że można się jeszcze podzielić, że można zaufać i znów zobaczyć świat. Poczuć jak od śmiechu bolą policzki, jak zwykły dzień może stać się przygodą, jak dobrze jest po prostu czasem nic nie mówić i nie myśleć.

Pierwszym zdaniem zapisanym na czystej tablicy będzie pożegnanie. Ostatnie machnięcie, otarta łza i wypuszczenie na tratwie, by dryfować po oceanie. Gdzie przyniesie wiatr, gdzie zaniesie droga.

Na kolejnej stronie będzie mapa, a na następne strona tytułowa pierwszego Pilota. Pierwszy raz widzę coś tak jasno. Już nie mogę się zatrzymać, już nie mogę marnować ani chwili.



A tu najchętniej już puściłbym napisy końcowe. Na samo zakończenie Rozdziału Pierwszego, zrobiłbym proste” Wystąpili” i wrzucił przypadkowe uśmiechy na dodatkowe sceny. Liczne pomyłki na Wpadki, a na płycie zamieściłbym kilka niecenzuralnych filmów zza kulis. Na pudełku zostawiłbym autograf i wysłałbym ją w świat. A nuż ktoś i na to by spojrzał, a nuż taki byłby początek.

Komentarze

Popularne posty