Pain in Luv & Luv in Pain

Wystarczyło jedno spojrzenie. Jedno bolesne odwrócenie. Jak długo żyje szczęście? Dlaczego umiera w męczarniach?

Mały drink i kolejny papieros. Prawdziwe poruszenie, które daje życie i prawdziwe zbliżenie, które niszczy nadzieję. Gdzie leży nasze miejsce? Gdzie jest dom, którego potrzebuję? Gdzie czeka to coś?

Krok za krokiem. Ulice przemierzane w nocy na piechotę. Krok za krokiem. Słowo pisane i słowo mówione. To wszystko jest życiem i marzeniem. Nie chcę wyjść. Nie chcę odejść. Jeszcze nie.

Rany i blizny, które się nie goją. W każdym spojrzeniu szukam tego jednego. Oglądam się i wszędzie widzę tą jedną osobę. Ile człowiek jeszcze będzie głupi? Ile jeszcze będzie o tym myślał? Aż zniknie? Aż wszystkich opuści? Bez opamiętania.

Klik za klikiem. Albo przed ekranem albo na powietrzu. Ręce wiecznie zajęte, umysł ciągle zatkany. Weź się w garść, mówi roniąc łzy na balkonie. Deszcz powoli spływa mu po twarzy, a papieros mimowolnie przygasa. Przeciągliwy dym i głęboki wdech. Ile jeszcze?

Lepiej żeby bolało. Lepiej, żeby się cierpiało. Lepiej, że kiedyś coś było, a teraz jest tylko wspomnienie. Lepiej. Nigdy z tym nie walcz. Daj temu upust. Niech sobie żyje i niszczy. Niech zniszczy to co musi i zniknie. Zostawi miejsce by budować nowe życie. Nowe szczęście ukryte w nowym spojrzeniu.

Tym razem z numerem. Tym razem z pierwszym ruchem. Tym razem bez strachu. Tym razem wspólnie. Tym razem z uczuciem. Tym razem z pocałunkiem. Tym razem z przywiązaniem. Tym razem prawdziwie. Tym razem na zawsze. Tym razem.

Dzień po dniu. Spojrzenie w lustrze i ostatnie zniszczone kawałki. Wiara w ciernie tylko na duszy i kajdany na sercu. Niech cię to wszystko obciąży. Niech każe ci upaść w kącie i krwawić w samotności. Niech pozwoli ci umrzeć. Bardzo powoli. Im wolniej tym lepiej. Pozostaje więcej czasu. Na ratunek, telefon, słowo, czy prawdę. Choć raz. Ten jeden, jedyny, ostatni raz, żeby ktoś w końcu sobie nie zaprzeczał. Nie całował cię tygodniami, żeby powiedzieć, że to wszystko się tylko zdawało. Nie dotykał cię jak nikt inny, a potem odszedł z kimś innym. Nie kochał cię za to jakim jesteś, ale sam nie wiedział jak sobie z tym radzić. Wszystko znika. Wszystko poza bólem.

Klapki na oczach i klapki na sercu. Zamknięty w klatce krzyczy przez kraty. Daj mi Panie wyjść. Choć raz odnaleźć się w tym horrorze i zaszaleć. Let. Me. Out. Pozwól pokochać bez alkoholu, pozwól całować bez zastanowienia, pozwól żyć.

Co się dzieje, gdy nie popełnia się błędu? Co się dzieje, gdy robi się wszystko tak jak trzeba? Co się dzieje gdy jest się dobrym? Dlaczego nic się nie zmienia? Wszystko jest na swoim miejscu, wszystko gra. Są słowa, są próby, ale nie ma niczego. Pustka i ból. Każdego dnia. Niczego nie ma. A wszystko co było powoli zanika. Na zawsze. A nas nie da się uratować.

Kolejny raz zapadamy w sen, aby obudzić się w dniu pełnym nowych możliwości. Setek spojrzeń i powolnych ruchów. Może to jutro. Może wystarczy tylko się wstać i znaleźć sens. Tą jedną rzecz, która tu utrzyma. Jedna rzecz, osoba. Przynajmniej coś. Gdzie jesteś? Co się stało? Tym razem się nie udało. To następnym. I następnym. I może tym razem ktoś naprawdę powie to czego inni się bali.

I. Love. You.

Komentarze

Popularne posty