Seeking
Hej, czy możesz mnie posłuchać, hej, czy mogę powiedzieć
kilka słów? Odchodzisz, jak widać, więc…
Nie.
Jak zwykle, nie.
Przestępuję ze stopy na stopę, oj, potykam się, upadam na
twarz, rozglądam się, dobrze wiedząc, że jedynie sam mogę sobie pomóc. Podnoszę
się, strzepuję brud ze starej marynarki i znowu robię kolejny krok.
Wyłączam, kasuję, unikam, zanikam, zamykam. Szykuję się do
ostatniej chwili, do ostatniego dnia i ostatniego z Siedmiu Życzeń. Odcinając
wszystkie liny, przysypując udeptane ścieżki, zamykam nawet dopływ powietrza i
czuję jak teraz wszystko dociska mnie do podłogi.
A możemy chwilę normalnie porozmawiać? Czy w ogóle…
Jak widać, nie.
Jestem, nigdzie nie idę, jestem, nie ma mnie.
Zamykam oczy i w mroczkach widzę więcej logiki. Otwieram
oczy i kręci mi się w głowie. Och, w jakim dziwnym świecie żyjemy.
Czy możemy…
Jednak wyjdę.
Tak, zamknąłem drzwi. Tak, na klucz. Tak, na zasuwę. Tak,
jeszcze kłódka u góry. Tak, uruchomiłem alarm. Tak, zrobiłem to wszystko,
przestań mnie już pytać. Wszystko jest zamknięte. My jesteśmy zamknięci. Nikt
się tu nie dostanie i nikt nie wyjdzie na zewnątrz. Będziemy tu razem. Na
zawsze. Tak może być?
Własne spojrzenie nie oddaje odpowiedzi, milczy jak dusza,
gdy naprawdę jest zagubiona.
Nie chcę tu zostać, wiesz? Nie chcę utknąć w tym miejscu i
nie móc spojrzeć na resztę świata. Nawet, gdy trenuję uśmiech, odbicie
pozostaje niezmienne. Niemiłe uczucie, gdy sam muszę kłócić się z realnością.
Zgubiłem klucz.
Jak ci się podoba ten taniec pozorów? Idealny jak wszystkie
wyobrażenia, perfekcja na parkiecie ze szkła? A może to ta kraina wspaniałości,
ta zamknięta na tafli lodu, w którą non-stop uderzają obcasy? Wydaje mi się, że
jestem jedynym, który patrzył jak pęka.
Wszystko ląduje pod powierzchnią, wszyscy płyną ku górze, a
ja pozwalam sobie opaść na dno. Nie uruchamia się żaden instynkt, adrenalina
zostaje na równym poziomie. Spowijam czernią ostatnie chwile.
Gdy uderzają w moją klatkę, nikt już nie patrzy, gdy dają
nowy tlen, nikt nie obserwuje. W prostym oddechu, zakrztuszeniu, muszę znów się
tu pojawić.
Teraz kopię w kamyki i w piasek, a pył wpada w oczy.
Muszę się kryć w tym cieniu, muszę tkwić w tym braku słońca.
Próbuję się wychylić, ale wszystkie te ramiona, wliczając twoje, łapią mnie,
ciągną do tyłu i duszą tak mocno jak się da. Nawet, jeśli zbiorę w sobie
wszystkie siły, nawet jeśli uda mi się choć trochę uwolnić, gdy wyciągam dłoń,
czuję jak cała płonie, w sekundzie pokrywa się czerwienią.
W tej sekundzie przyszło mi tylko myśleć o tym jak wygląda
księżyc, spadające gwiazdy i komety. Boję się, że nie uwolnię się nawet, gdy w 61-szym spadnie kolejna. Cień padał
nawet na ten balkon, wpatrywałem w powoli przesuwające się fale, biorąc coraz
to głębszy oddech. Teraz pozostało mi już tylko głębokie wzdychanie i ból w
klatce.
Zamykając oczy widzę tyle możliwości, które szaleją w
świetle. Tylu światłach, tylu błyskach, zdarza się, że kilka nawet zamykam w
obiektywie, inne odbijają się w moich oczach. Kolejną noc spędzam w ciemności
koszmarów, które łapią wszystkie moje wydechy. Jak od dwóch tygodni, znowu obudziłem
się nagle, wywróciłem wszystko do góry nogami, przebudzony ze łzami w oczach,
musiałem to na nowo poukładać i znów się położyć. Powtórzyć cykl, który nigdy
nie stanie się łatwiejszy, a potem czekać, aż obudzi mnie światło.
Nawet, gdy tak się dzieje, nawet, gdy wschodzące słońce jest
tą ostatnią prawdą, tą nadzieją, że przetrwałem kolejny dzień, podbiegam i
zasłaniam okno.
Zamykając okienka, wyłączając wszystko w otoczeniu,
rozłożony na kocu. Na twarzy położony kapelusz, na nadgarstkach kajdanki. Coraz
bardziej płytkie i szybsze oddechy. Budowanie sceny, spojrzenia i wyobrażenia.
Ciało skłócone z duszą i sercem, którego wszyscy każą słuchać.
Przyszło pomylić i dni. Pasek na kalendarzu nie przesunął
się od tygodnia. Chcę już usiąść i cokolwiek powiedzieć. Za dużo się działo i
zdarzyło, za dużo pomieszało i we mnie przewróciło.
Ostatni oddech i turlam się w stronę krawędzi. Zamykam oczy
i czuję tylko jak spadam, jak zanikam z każdą sekundą, jak mnie znajdują, jak
patrzą. Na gorącym piasku, kapelusz, kajdanki, ubrania i koc. Nasz mały, głupi Houdini.
Chciałbym by kiedyś epilog powstał naprawdę.
Przeprosić, że nie mam już sił.
W pytaniach napotkana realność, w wyświetlonych
odpowiedziach sekrety. Nie mogę już oddychać i normalnie myśleć, nie mogę
pozostawać i udawać. Kolejny dzień dobiegający do końca, dowód na pustkę.
Podniosłem głowę, gdy ktoś do ciemnego kapelusza wrzucił
monetę. Błyszczące złoto, które tak naprawdę nie ma znaczenia, nie ma sensu i
którego nie potrzebuję. Położyłem się na schodku, na chłodnym betonie i
zamknąłem oczy, odpoczywając spokojnie w dalekim świecie, zamarzłem.
Posyłając ostatnie życzenia, chowając w małym dzienniku
najważniejsze wspomnienia, rzucam kluczem jak najdalej. Nie zdążyłem zobaczyć,
jak zderza się z taflą, jak tonie, jak znika, tak szybko ja, umknął wszystkiemu
i zapadł się pod powierzchnię.
Wsiadłem na łódkę i zacząłem wiosłować. Jak wielu, jak
niektórzy przez kilka lat, w swojej głowie odpłynąłem. Pośrodku oceanu,
rozłożony, wpatrzony w niebo, zacząłem pisać. Pierwsze i ostatnie słowa
prawdziwego zakończenia.
Jak burza, jak słońce, jak cień, którym spowite zostało to
istnienie, jak destrukcja, jak beznadzieja, jak pustka, jak zanik, wszyscy to
robią, dlaczego nie ja, dlaczego ja zawsze jestem inny, w ryzyku, w
niewiadomej, też się zbliżę, też spróbuję, też sobie odpuszczę i odejdę, też
wybiorę inaczej, też powiem nie, też powiem pierdolę, też będę udawał, że
wszystko jest w porządku, spełnię wszystkie marzenia, które ktoś mi przekaże.
Też chcę poczuć się dobrze. Też chcę… czegokolwiek.
Komentarze
Prześlij komentarz