My Little Masterpiece

W niebezpiecznym świecie witamy się. Ty i ja. Zakrwawieni, zwariowani, tańczą wśród w tłumów. Nie wiem o czym myślisz, nie wiem co czujesz, tacy już jesteśmy. Zatraceni i smutnie zapici. Kręci się przede mną i wije swoim ciałem. Głupi, gdyby jej nie objął. Zatańcz jeszcze raz. Pokaż, że mnie kochasz. Nigdy nie mów tego na głos. Choć noc umiera, a my razem z nią, wiem, że tego nie usłyszę. Będziesz całować, będziesz tulić, będziesz pieprzyć, ale nie pokochasz. Tylko to czuję. Co z nami będzie? Na pewno nie życie. Daj mi szansę. Może jednak. Może pokochasz to co masz. Ja… ja już nigdy się nie zakocham.

Upadając pod skłonionymi różami całuję ziemię. Witaj moja ojczyzno, witaj mój świecie. Wróciłem raz jeszcze by się pożegnać. Zapamiętać jak smakujesz i jak zanikasz z każdą sekundą. Bo nie tu moje miejsce, ani życie. Odchodzę w zapomnienie tu gdzie się narodziłem, pamiętają tam gdzie powstałem. Może jestem głupi, ale walczę. Bo kocham Ciebie i kocham to czego chcę. Będę walczył za oba i próbował życia. Nawet jeśli to nie to, ja nigdy nie odpuszczam. Byli tacy, którzy się poddali, byli tacy którzy odeszli. Ty nie bądź jedną z nich, a będę walczył przez resztę życia. Nie musisz obiecywać. I tak czuję.

Kaboom. Wybuchają miłostki, pękają serca. Ludzie krążą w wariactwie. Każdemu trudno, każdemu źle. Co z tego usłyszeć tak? Co z tego gdy ktoś na Ciebie patrzy? Naprawdę kocham nie odchodzi, naprawdę kocham nie zanika. Ile razy zaznał ból tego błędu? Nie daj sobie odejść, nie ma pieniędzy, nie ma miłości. Tak bardzo chciałbym być blisko Ciebie, tak bardzo Ty blisko mnie. Nie ma mnie, nie ma nas, jak bardzo walczymy. Wszystko krąży wokół jednego, a my tylko smutni czekam na okazję. Mam przynajmniej taką nadzieję.

Kochankowie słońca spotkali się na środku pustyni. Ich serca zapłonęły, a słońce zgasło. Dotknęła jego boku, a on ją objął. Namiętnie całowali całe swoje życie, macali swoje przeżycie. Nie daj mi odejść, a jednak nie walcz o mnie. Miłość przerodzona w życie. Zakochani i opętani. Wokół tyle dymu, tyle piasku i tyle słońca. Ciepło nigdy nie od nich. Skąpani w kłamstwie, tarzani w zwariowaniu, mówili: Dawidzie uratuj nam życie. Nie dostali nic w zamian, a ich kochanie upadło, gdy on doszedł.

Budząc się pełen cieniu wiedział ile stracił. Obejrzał się za siebie i nie zobaczył nikogo. Jego łzy płynęły, ale mógł tylko iść naprzód. Zniknęły jego prawdy, odeszli jego ukochani. Sam pośród drinów i papierochów wariował wśród nowego życia. Ratując się sam i pozwalając jej wybawić się uśmiechem. Dlaczego tak musi być? Próbuje i walczy, ale nikogo już nie ma. Zaczęli kolejny etap i radzą sobie. Żyją i cieszą się. Zapomnieli o Tobie, ale są szczęśliwi. I to jest najważniejsze. Żyją i wariując. Tak jak ty teraz. Kochaj ich. Zawsze.

Unieś mnie w stronę nieba i zawróć po raz kolejny w głowie. Marzę nocą o lepszych dniach. Nie wiem co się stanie, ale czuję, że będziesz obok. Nigdy mnie nie wstrzymuj, ale nie daj mi odejść. Nie pozwól się zranić, ani obrazić. Walcz o swoje i zabij mnie jak trzeba. Bo taka ma być miłość, gdy ja jestem tym kogo pragnęłaś i nie niszczę twego serca. Daj mi jeszcze jedną szansę, daj się porwać. Co było minęło, nie ważne jego imię. Jesteśmy Ty i ja i dobrze wiesz, że możemy wszystko. Do nieba i z powrotem.

Piszę po raz kolejny. Wylewając uczucia, modlę się w stronę House’u. Zwariowane życie i droga, która prowadziła, aż po krawędzie. W wyobrażeniu prawdy słuchamy siebie i walczymy. Wypełnieni słodkością i prawdą, stęsknieni za sobą. Stojąc na środku wtuleni w siebie. Zabiły serca i zniknęły skrupuły. Nie ważne granie na żywo, czy próby w studiu. Jam dla Ciebie, a Ty bądź jaka chcesz. Czekam, walczę i słucham. Byle wstać. Dla Twego uśmiechu i czegoś nowego. Wszystko co musimy, to siebie usłyszeć. Ja słyszę i kocham. Twoja kolej.

Zabiły dzwony i obudziła się Cee-ya. Jak tu ginąć, gdy wokół tyle pięknego, jak strzelać, gdy tyle do zrobienia? Chociaż upadam, to jednak jestem ponad wszystkim. Na scenie z uśmiechem, w serialu z zastanowieniem, przy biurku z piórem. Poranione dłonie walczące z prawdą. Psychiatra łapiący kolejne fakty i nowa terapia. Jak długo zawalczymy o prawdę, która cały czas nas dotykała? Kogo kochasz nie jest prawdą, kogo czujesz nie jest faktem, kogo chcesz jest mitem. Tylko spojrzenie i bicie serca zadecyduje. Jestem Twoja. Zabiło i zaginęło. Upadły, zakrwawiony, pobiegł dalej. Bo mógł się tylko wznieść.

Napijmy się jeszcze raz. Za wczoraj, za jutro. Obudzony w środku imprezy. Złapał ją za rękę i tańczył siedem godzin. Zatracony w uczuciu, całował i zawracał. Nie pozwalał odejść, nie pozwalał cierpieć. Za siebie, za nią, wypił tajemnego drina. Nie zaznał dymu, nie oddał się ratunku. Zawrócił tylko jej ciałem, zadedykował i ucałował. Wszyscy patrzyli, wszyscy wiedzieli. I tak on umarł, a oni padli. Bo wszyscy czuli, a on nie. Nie zasługujesz na szczęście.

Obudź się. Mój Boże, która to już godzina? Zawrócił przy Chopinie i obrócił kolejną szklankę. Zatańcz ze mną raz jeszcze. Chwila moment, kim ty kurwa jesteś? Obejmując otchłanie dał się opamiętać kłamstwu. Niczego dobrego nie zaznał, niczego nie odnalazł. Wtuleni w minusowej opierali się na przeznaczeniu. To wszystko powiedzieli inni, to wszystko zostało naznaczone. Oni zniknęli i grupa opadła. Jedni w pubie, siedzą oparci i chlają, inni tańczą i okłamują samych siebie. Gdzie my som, o co walczom? Mamo ratunku, bo już nie wiem. Maminko, to jest chyba nasz koniec.

Magia zaświeciła i słońce zaszło, a oni wtuleni walczyli. Za wszystkie grzechy i za całą przeszłość. Skakali i cieszyli się nowym narodzeniem. Moja droga nigdy się nie zmieniaj. Jesteś idealna teraz. Taka jaka jesteś. Marzył, marzył i spotkał z zaskoczenia. Spojrzał i już wiedział. Wiedział, że nie przestanie się uśmiechać i jeszcze nie umrze. A Ona jeszcze nie raz go skarci, jeszcze nie raz go rozbawi. Swoją urodą go otumani i po raz kolejny zawróci w głowie. Co ma być to będzie, byle z nią, tu i teraz. Już na nic nie mam siły, już niczego nie chcę. To mój ostatni krok, ma ostatnia nadzieja. Ta magia. Ty i ja.

Rozłożeni na kocu. Złączone dłonie i zbliżeni głowami. Krzyczeli na niebo i tulili się mimowolnie. Moje kochanie, czuł on, mój skarb, czuła ona. Zakochani i odmienieni ufali tylko sobie. Nie dajcie odejść, niech nie nadejdzie zmiana. Płaczcie jeśli na to pora, walczcie jeśli tak ma być. Nigdy jednak nie okłamujcie, nigdy nie zdradzajcie. Przysięgajcie prawdziwie i całujecie za wszystkie czasy. Do Was świat należy i cała jego reszta.

Zapomniany w swoim uczuciu powoli kładzie się do łoża. Ze słodkimi łzami i szminką na ustach. Brak oddechu i ból fizyczny serca. Spadający kamień i więdnące kwiaty, on opada i zanika. Jak wszystko co przyszło i było. Jego życie jest pustką. Jedną wielką pieśnią ku wariactwie. Zakrapiany depresjami i alkoholizmem, w smogu nikotyny powoli zatraca swoją duszę. Co mogę powiedzieć? Tylko to, że będę kochał. Nie ważne co i dlaczego. Będę kochał. Za Twoim pozwoleniem.




Przy dźwiękach gitary jego umysł zakończył proces. Kolejny dzień dał mu szansę na odkupienie win, ale tym razem tylko chwilowe szczęście. Wypełniony chmielem opada w twardą pościel i błaga o kolejny moment, który go uratuje. Czy jej imię jest prawdziwe i czy jej świat może kiedyś należeć do niego? Powoli odjeżdżając w stronę zachodzącego słońca. Moja droga, zawróciłaś mi w głowie i opętałaś prośbą. Nie mogę Cię odłożyć i nie mogę pozwolić odejść. Nie tym razem. Jeszcze raz mnie przytul i pocałuj. Chcę tylko zaznać jak to jest być obok, chcę zobaczyć Twój uśmiech sam na sam. Nie chcę się bać, nie chcę patrzyć na innych i nie chcę być kimś innym niż tylko tym, który wyznaje Ci dozgonną miłość. Odjeżdżając ode mnie, wtulasz się i dotykasz mego boku. Całując Twoją głowę, patrzę jak odchodzisz i nie wiem czy znowu wrócisz. Proszę, popatrz na mnie. Odwróć się raz jeszcze. Jej już nie ma. Wiem. Naprawdę wiem. Połóż się. Chyba już na to czas.

David Guetta - Listen

Ostatni akapit - Tracy Chapman - Fast Car.

Komentarze

Popularne posty