Mały Żołnierzyku

Gdy smutek ogarnia wszystko co masz wokół siebie i gdy tuli Cię jak niegdyś ta jedyna.  Jesteś częścią opętania, które zwane było życiem. Z jej serca wypadają kolce, a Ty nie możesz zbliżyć swej dłoni. Rozkazuje Ci ją dotknąć, ale Ty już nie chcesz. Widząc płynącą krew i rdzę, odwracasz się. Podejmujesz najtrudniejszą decyzję jaką możesz. Mówisz nie i odchodzisz. W stronę ciemności zalany łzami znikasz. Nigdy nie było Ci ciężej, nigdy nie dałeś się tak zamknąć, ale idziesz. Wołając o pomoc, łkając jak umierające dzieci, znikasz z powierzchni świata, który był znany dla nich wszystkich. Przepraszając za grzechy innych, raz na zawsze odpuszczasz. God, I’m so sorry.

Rozłożył na łóżku pełnym czerwieni serce ze słodkości dla jej egzystencji. Przygotował wszystko dla niej i jej uśmiechu. Zadbał dla niej o każdą chwilę i bał się tego co nadejdzie. Zostawił na szafcę paczkę papierosów z której pierwszy raz od niego wzięła. W środku pozostały bilety i rachunki z czasu, gdy pierwszy raz zobaczył jej ciało. Na nic zdały mu się próby i starania. Odrzucił substancje powtarzając sytuację i został sam na środku oceanu. Znowu popełnił błąd, znów pokochał nie tak jak trzeba. Upadł na twardą posadzkę z dziurą w głowie. Bo teraz poczuł się jak śmieć, który zniknął w płomieniu. Wygrała najpiękniejsza, bo dał jej wszystko, a ona i tak odeszła.

Mały żołnierzyku znowu padłeś pod ostrzałem kul. Twoja koszula ubarwiona została czerwienią, a Twoje serce zabiło po raz ostatni. Odszedłeś z tego świata spełniony, w bitwie za coś w co wierzyłeś. Za coś za co walczyłeś i co było Twoim honorem. Nie splamiłeś swojej egzystencji i nie odpuściłeś. Nikt nie ma prawda zarzucić Ci inaczej. Żegnaj ukochano dla której chciałem poświęcić wszystko. Już nigdy tak nie zrobię.

Usiadł na dziobie długiej łodzi. W oddali na oceanie widział ląd na który czekał od miesięcy. Wszystko było takie spokojne, proste i jasne. Nie widział przeszłości, a nie tego co będzie. Chciał tylko zejść na ląd i ruszyć przed siebie. Drewniany podest zaniósł go w dalsze części miasta, które zwał swą egzystencją. Słońce zawsze świeciło na niego i gwiazdy układały się w jego stronę. Trzymał się tego w co wierzył i szedł dalej. W torbie trzymając jedynie jedzenie, z brodą i nieprzyjemnym zapachem potrafił tylko iść dalej. Pustelnik wszystkich światów. Dla niego nie było miłości, dla niego nie było kariery ani radości. On był jedynie przeszkodą, którą raz na zawsze usunął.  Rozłożył się przed ogniskiem i już nie płakał. Nie czuł depresji, ani smutku. Z plecaka wyciągnął zdjęcie. Mamusia i córka patrzyły w obiektyw świecąc niebieskimi oczami. Potarł brodę i uronił łzę.


I've died for your happiness.

Komentarze

Popularne posty