Smile like I did.
Co z tego, że siedziałem obok wpatrzony w Twoje oczy? Co z
tego, że sercem zawsze byłem obok? Co z tego, że nie chciałem odpuścić. Co z
tego, moja droga. Nic nie dały moje starania, nic me prośby, ani moja dusza dla
Ciebie przelana. Zmiany, poprawy i grzeczne odzywki. Nic one nie dały. Dla
Ciebie dalej jestem tylko słodkim flickiem,
przebłyskiem życia, które nigdy nie nadejdzie. Mój Anioł stoi przy drzwiach i
odchodzi zanim do nich docieram. Moja miłość ucieka z powietrzem pełnym
nikotyny. Zanikasz z każdym spojrzeniem, z każdym wypadającym włosem i
spojrzeniem w inną stronę. Z każdym łykiem i zaciągnięciem, czuję jak to, w co
po raz ostatni wierzyłem, przestaje istnieć. Nie ma już połówek, tylko jedna
samotność, która rusza dalej. Jak najdalej z tego miejsca, które zwałem domem.
Z miasta w którym się wychowałem, z ludźmi, którymi życie przeżyłem. Z
kobietami, które dotykałem i z sercem, które już dawno umarło.
Z igłami przebijającymi nasze wnętrza, kładziemy się jeszcze
raz do łóżka. Ręce krążą, pocałunki padają, a wszystko i tak kończy się
rozstaniem. Kwiaty, słodycze, gesty, słowa, wszystko podane jak na dłoni. Liczy
się to co chce druga, liczy się szczęście kogoś dla kogo nigdy nie istniałeś.
Byłeś, jesteś i pozostaniesz wspomnieniem. W dalekiej drodze, odcinając się od
zgiełku codzienności, powoli zapomni. Chociaż powtarzasz, nigdy nie
pozostaniesz w głowie. Tam wszystko będzie inne. Miesiące przerodzą się w lata,
a lata w w życie w którym ciebie już nie będzie. Z daleka zawoła kochanie, ale
nawet echo już dało sobie spokój. Nawet echo wie kiedy przestać. Teraz.
Zamknięty za kulisami, modli się do obrazka swojej
przeszłości. Z spojrzeniem słodkiego uśmiechu, który bał się okularów, łza
spływa mu po policzku. Robię to dla Was i to po Was wracać będę. Każdego dnia.
Nie każdego czeka miłość i nie każdy na nią zasługuje. Czasy smutku z błahego
powodu odpływają w nieznane. Choć jego serce wiecznie krwawi zawsze pamięta jej
słowa, nawet jeśli zaczynają się od „Gdybym…”. Nie mogąc już liczyć, nie mogąc
oddychać, mówi dalej. Słowami uśmiechu przekazuje radość tym, którzy jej
potrzebują. Dla niego to jest sensem życia. Jeśli on nie może się śmiać, to
inni muszą. Jeśli on nie kocha, to niech inni kochają wiecznie. Choćby w grobie
spał samotnie to na pogrzebie będą śmiechy. Nie smućcie się, że mnie nie ma,
nie płaczcie, że zniknąłem. Jego łzy wystarczą.
Z laską przy stopie i psiakiem czekającym na nieznane usiadł
na ławce ich przeszłości. Zapalił papierosa i po raz ostatni się rozejrzał.
Dzieci dalej biegały, a mamy nie nadążały. Pary ciągle się całowały, a
przyjaciele się śmiali. On sam spełniony zapomniał o tym wszystkim. Zaciągnął
się i powoli osunął na betonową posadzkę. Z łzą cieknącą po policzku, wymarzył
sobie taki koniec. Pożegnał się raz na zawsze tym co kochał. W otwartej dłoni
pozostała tylko mała karteczka.
Smile like I did.
Komentarze
Prześlij komentarz