Ostatnia Wyprawa
- Trzymaj się.
- A co robię?
- Denerwujesz mnie. – podał jej dłoń i ścisnął z całych sił, podciągnął ku górze, aż mogła złapać pobliską krawędź. – Trzymasz?
- Tak.
- Doskonale. – wciągnął się i pomógł jej wejść na szczyt. – Masz aparat?
- Wszystkie cztery.
- Dawaj czarny. – podała mu stary, zdarty analog. – Gdzie jest Dorian?
- Poszedł skrótem.
- Doskonały pomysł, skoro dotarliśmy tu przed nim. – zrobił zdjęcie.
- Ja za niego nie odpowiadam.
- Ja tym bardziej.
- Dla mnie mógłby nawet spaść.
- Dla ciebie każdy mógłby spaść.
- A co robię?
- Denerwujesz mnie. – podał jej dłoń i ścisnął z całych sił, podciągnął ku górze, aż mogła złapać pobliską krawędź. – Trzymasz?
- Tak.
- Doskonale. – wciągnął się i pomógł jej wejść na szczyt. – Masz aparat?
- Wszystkie cztery.
- Dawaj czarny. – podała mu stary, zdarty analog. – Gdzie jest Dorian?
- Poszedł skrótem.
- Doskonały pomysł, skoro dotarliśmy tu przed nim. – zrobił zdjęcie.
- Ja za niego nie odpowiadam.
- Ja tym bardziej.
- Dla mnie mógłby nawet spaść.
- Dla ciebie każdy mógłby spaść.
To już ostatnia wyprawa, a niektóre koty i tak wolą
chodzić własnymi ścieżkami.
- Która godzina? – zapytał ją.
- Dwunasta trzydzieści siedem.
- Jesteśmy przed czasem.
- A to ci niespodzianka. – wiecznie opryskliwa suka.
- Będę największym szczęściarzem, gdy to wszystko się skończy, wiesz?
- Osiądziesz na jakiejś plaży na Tahiti i będziesz się rozkoszował zimnym mojito?
- Bahamy i buorbon. Byłaś blisko, ale jednak zdecydowanie dale… - przybliżył zoom’em na górę w oddali. – Dorian. Dalia, patrz co ten debil zrobił.
- Dwunasta trzydzieści siedem.
- Jesteśmy przed czasem.
- A to ci niespodzianka. – wiecznie opryskliwa suka.
- Będę największym szczęściarzem, gdy to wszystko się skończy, wiesz?
- Osiądziesz na jakiejś plaży na Tahiti i będziesz się rozkoszował zimnym mojito?
- Bahamy i buorbon. Byłaś blisko, ale jednak zdecydowanie dale… - przybliżył zoom’em na górę w oddali. – Dorian. Dalia, patrz co ten debil zrobił.
Dziewczyna o rudych włosach i nastawieniu rozpieszczonego
dziecka wyciągnęła lornetkę i zwróciła ją we wskazanym kierunku.
- Nie wierzę. – przybliżyła widok . – Co…za…kretyn…
W oddali, na skale wisiał Dorian:
nieogarnięty, wysportowany członek grupy policyjnych wyzwoleńców. Dosłownie
wisiał.
Każde z nich, przed wyprawą zakładało na plecy spadochron.
Tak gdyby jedno z nich nagle zaczęło spadać albo musiało szybko uciekać. Dorian
nie musiał nigdzie uciekać. Nie musiał się nawet śpieszyć. Miał iść tylko tą
ścieżką, którą ustalali od miesiąca. Jednak nie. Trzeci członek ich drużyny,
który wolał się buntować, kolejny który preferował samowolkę. I w ten sposób
Dorian wchodząc stromym szlakiem zapomniał zabezpieczyć liny. Potem nie zdążył
jej złapać. Następnie zaczął spadać. Wtedy jego mikroskopijny mózg
podpowiedział mu najgłupszą rzecz jaką mógł zrobić.
Otworzył spadochron,
którego sznurki obwiązały się wokół niego i poniższego klifu, w ostateczności
łamiąc mu kark.
Teraz, stojąc około 200 metrów od tego widoku, Dalia
turlała się się ze śmiechu.
- Zabawne. – odparł, patrząc na nią, sarkastycznie.
- No po prostu nie mogę. Jakim trzeba być debilem, no serio, David, no powiedz mi.
- Szczerze? Sam nie wiem. Do tego chyba trzeba mieć niezwykły talent. – aż sam się roześmiał.
- No poważnie. Najpierw ten rudy… jak mu było, już nawet nie pamiętam…
- Też jesteś ruda.
- Kobiety to co innego… Już wiem! Ryan! – znowu parsknęła śmiechem. – No daj spokój, jak można wziąć sprzęt, wyjść na zewnątrz i zacząć robić pajacyki przy helikopterze, który miał startować. Przecież to jest jakiś absurdalny kosmos. Albo ten drugi, ten czarnoskóry pseudo-mięśniak.
- Pseudo? – mógł na nią narzekać godzinami, ale dobrze jej się słuchało. Nawet jeśli miała nie równo pod sufitem.
- Sterydy jakich mało. Aż byłam zaskoczona, że mu żyłka nie pękła, gdy sięgał po telefon.
- Mimo, że wiem co się stało, chcę żebyś to powiedziała.
- Strzeliłam mu w głowę, bo gadał od rzeczy o aniołkach.
- Zdajesz sobie sprawę, że mówił po prostu o zjawiskach paranormalnych?
- O tym wiesz tylko ty i ja. A dla innych i tak był wariatem. No i była jeszcze ta babka…
- Tu przyhamuj.
- Spoko, spoko, prawie-szefie. Uszanuję. – usiadła i skrzyżowała nogi. – O której oni maja być? Nudzi mi się.
- Trzynasta. I dobrze o tym wiesz.
- Wiem, wiem, chciałam usłyszeć twój głos. Tak rzadko się odzywasz, gdy się skupiasz.
- Chyba sama sobie podałaś powód.
- No ale dla…
- Ciśś… Patrz. – wskazał palcem obiekt w oddali.
- No po prostu nie mogę. Jakim trzeba być debilem, no serio, David, no powiedz mi.
- Szczerze? Sam nie wiem. Do tego chyba trzeba mieć niezwykły talent. – aż sam się roześmiał.
- No poważnie. Najpierw ten rudy… jak mu było, już nawet nie pamiętam…
- Też jesteś ruda.
- Kobiety to co innego… Już wiem! Ryan! – znowu parsknęła śmiechem. – No daj spokój, jak można wziąć sprzęt, wyjść na zewnątrz i zacząć robić pajacyki przy helikopterze, który miał startować. Przecież to jest jakiś absurdalny kosmos. Albo ten drugi, ten czarnoskóry pseudo-mięśniak.
- Pseudo? – mógł na nią narzekać godzinami, ale dobrze jej się słuchało. Nawet jeśli miała nie równo pod sufitem.
- Sterydy jakich mało. Aż byłam zaskoczona, że mu żyłka nie pękła, gdy sięgał po telefon.
- Mimo, że wiem co się stało, chcę żebyś to powiedziała.
- Strzeliłam mu w głowę, bo gadał od rzeczy o aniołkach.
- Zdajesz sobie sprawę, że mówił po prostu o zjawiskach paranormalnych?
- O tym wiesz tylko ty i ja. A dla innych i tak był wariatem. No i była jeszcze ta babka…
- Tu przyhamuj.
- Spoko, spoko, prawie-szefie. Uszanuję. – usiadła i skrzyżowała nogi. – O której oni maja być? Nudzi mi się.
- Trzynasta. I dobrze o tym wiesz.
- Wiem, wiem, chciałam usłyszeć twój głos. Tak rzadko się odzywasz, gdy się skupiasz.
- Chyba sama sobie podałaś powód.
- No ale dla…
- Ciśś… Patrz. – wskazał palcem obiekt w oddali.
Podeszła do krawędzi i po raz kolejny spojrzała przez
lornetkę.
- A niech mnie… Lecą, nareszcie lecą!
David przygotował torbę. Jeszcze raz ją otworzył i sprawdził
zawartość. Dwadzieścia kilogramów kokainy.
- Wiesz co robić? – zapytał ją po raz ostatni.
- Oczywiście papciu. Rozmawialiśmy o tym od miesiąca.
- To do roboty.
- Oczywiście papciu. Rozmawialiśmy o tym od miesiąca.
- To do roboty.
Helikopter podleciał na bezpieczną odległość i zaczął się
powoli wznosić. Zasłonili twarze rękoma i czekali na rozwój wydarzeń. Po kilku
sekundach przesunęły się drzwi.
- TOWAR! POKAŻCIE TOWAR! – wykrzyczał mężczyzna w
kruczoczarnych ubraniach i berecie.
David odsłonił torbę.
- ILE DAJECIE?! – wrzasnął.
- W CHOLERĘ. WSZYSTKO JEST TUTAJ.
- IDZIEMY.
- W CHOLERĘ. WSZYSTKO JEST TUTAJ.
- IDZIEMY.
Odwrócił się i dał jej znak. Zaczęli powoli iść w stronę
helikoptera. Zbliżyli się do krawędzi i David postawił jedną nogę na stopniu.
Spojrzał na Dalię po raz ostatni. Podeszła do nich i wyciągnęła nogę, próbując
wskoczyć do helikoptera. David złapał jej rękę i zaczęli stopniowo oddalać się
od krawędzi.
Wtedy ją puścił. Krzyknęła. A potem jej głos stopniowo zanikał.
- Coś ty zrobił?
- A twoim zdaniem lepiej dzielić forsę na pięciu, czy na jednego?
- Jesteś kompletnym szaleńcem Krewinsky.
- Spodziewałeś się czegoś innego? Gdzie szmal?
- Za tobą.
- A twoim zdaniem lepiej dzielić forsę na pięciu, czy na jednego?
- Jesteś kompletnym szaleńcem Krewinsky.
- Spodziewałeś się czegoś innego? Gdzie szmal?
- Za tobą.
Te gry znał też za dobrze. Niektórzy rodzą się lekarzami,
niektórzy żyją po to żeby zobaczyć cały świat, inni żeby pomagać. On istniał
jednak po to, żeby oszukiwać. Wszystko i wszystkich. Nawet śmierć.
Wyciągnął nóż i wbił go nieznajomemu mężczyźnie w szyję.
Jednym ruchem znowu trzymał go w dłoni, a gangster krwawił na podłodze helikoptera.
- Zawsze bądź o krok dalej. – szepnął mu do ucha, wypychając
go z pokładu. – Jak tam kapitanie?
- Wszystko w normie. W tamtych torbach jest ponad dziesięć milionów. Plus te dwadzieścia kilo. Świetnie to przemyślałeś.
- Nie czas na pochwały. Mamy jeszcze jeden przystanek.
- Gdzie będzie?
- Zapewne na jednej ze skałek poniżej.
- Wszystko w normie. W tamtych torbach jest ponad dziesięć milionów. Plus te dwadzieścia kilo. Świetnie to przemyślałeś.
- Nie czas na pochwały. Mamy jeszcze jeden przystanek.
- Gdzie będzie?
- Zapewne na jednej ze skałek poniżej.
Pilot zniżył lot i po kilku chwilach ją zobaczyli.
Dalia machała odpalaną racą. Jako jedyna słuchała nie tylko
tego co ma wziąć, ale i jak tego używać.
Podlecieli bliżej. David przesunął drzwi i rzucił jej jedną
z toreb.
- POWODZENIA! – wykrzyczał z oddali.
- WAL SIĘ! – odpowiedziała wystawiając środkowy palec.
- WAL SIĘ! – odpowiedziała wystawiając środkowy palec.
Odlecieli.
- Należało mi się.
- Zdecydowanie. Ile nam zostało?
- Dużo. Bardzo dużo. A to przecież dopiero początek.
- Powiedz mi… jak ty to wykombinowałeś?
- Widzisz to bardzo proste. Rezygnujesz z pracy w policji, która wysysa z ciebie życie. Przed wyjściem spisujesz kilka raportów na temat dwóch czystej rasy kretynów, osiłka i inteligentnej lecz nieobliczalnej kobiety. Potem dowiadujesz się gdzie ma nastąpić wymiana narkotyków. Pojawiasz się tam, zabijasz wszystkich z tęże ekipą i zabierasz cały towar. Następnie pozostaje tylko selekcja naturalna, ułożenie planu, dopracowanie go w każdym szczególe i zorganizowanie spotkania. Potem tylko oczekiwanie na to by każdy był szczęśliwy i bogaty. A my najbardziej.
- Zaraz… To Dalia nie ma pojęcia, że żyję?
- Najmniejszego. Pewnie myśli, że wziąłem pilota za zakładnika.
- David? Ile ty jej zrzuciłeś?
- Zdecydowanie. Ile nam zostało?
- Dużo. Bardzo dużo. A to przecież dopiero początek.
- Powiedz mi… jak ty to wykombinowałeś?
- Widzisz to bardzo proste. Rezygnujesz z pracy w policji, która wysysa z ciebie życie. Przed wyjściem spisujesz kilka raportów na temat dwóch czystej rasy kretynów, osiłka i inteligentnej lecz nieobliczalnej kobiety. Potem dowiadujesz się gdzie ma nastąpić wymiana narkotyków. Pojawiasz się tam, zabijasz wszystkich z tęże ekipą i zabierasz cały towar. Następnie pozostaje tylko selekcja naturalna, ułożenie planu, dopracowanie go w każdym szczególe i zorganizowanie spotkania. Potem tylko oczekiwanie na to by każdy był szczęśliwy i bogaty. A my najbardziej.
- Zaraz… To Dalia nie ma pojęcia, że żyję?
- Najmniejszego. Pewnie myśli, że wziąłem pilota za zakładnika.
- David? Ile ty jej zrzuciłeś?
Zaśmiał się.
- Wydaje mi się, że wystarczy jej na powrót do domu. A póki
co, kurs na lotnisko, a stamtąd prosto na Bahamy.
Mam tam pewną sprawę do załatwienia.
Komentarze
Prześlij komentarz