Biegnij Tępy Koniku.
Przebijając się przez kłęby dymu, biegł dalej. Słońce raziło
w oczy, wiatr próbował powalić, samochody przyśpieszały, deszcze bił po głowie
i pioruny strzelały tuż obok. Nie wiedział dokąd pędzi w tej swojej pół-pustej
głowie, w upragnionej głupocie krążył w kółku. Tańczył, gdy miał zawroty głowy,
śpiewał krzykiem, gdy nie potrafił już inaczej. Drętwiały mu dłonie, drętwiały
mu nogi, spierzchły mu usta i odmroził sobie skórę. Nawet łzy zmieniały się w
kropelki lodu. Zatrzymał się. Wskoczył na deskę. Spojrzał przed siebie. Jak
spad z Mount Everest. Przechylił się i zaczął pędzić. Wszystko zaczęło płonąć,
teraz już nie mógł się zatrzymać. To już koniec, wszystko znika, wszystko
ginie, wszystko woła aaaaaaaaaaaaaaaa.
Fin w czerni na
ekranie. Odwrócone spojrzenie, wykopane drzwi i jeden krok. Zamknięte drogi i
śpiwór polany benzyną. Jakie myśli sny i są głupie, jak je wykasować. Rzucona
zapałka i przewrócony znak. Stara się spojrzeć, ale stracił okulary. Pisze
pytanie, usuwa, pisze pytanie, zanika, pisze pytanie, umiera. Zna prawdę, zna
realność, może z wadą, ale bez ślepoty. Naciska jeden przycisk, leci magicznie
i znowu się budzi. Znowu.
Wiesz jak to jest siedzieć przed weneckim lustrem? Niezniszczalne
szkło, w które napierdala każdego dnia. Po drugiej stronie dzieje się co chce.
Pokój wiruje, a on krzyczy do kamery. Śmiechy po drugiej stronie, wywrócony
stół i dwa krzesła. Na przesłuchanie poza Diabłem nikt nie przychodzi. Jedno
spojrzenie w samo odbicie. Kolejny krzyk i krwawiące dłonie, szaleńczy śmiech i
osunięcie się na ziemię. Nie ma nawet kawałka, by to skończyć. Te drzwi tak
stoją, te drzwi po prostu stoją. Podbiega i wykopuje i je. Korytarz pozostaje
pusty i ciągnie się w nieskończoność. Każde wrota płoną, każde kroki zanikają.
Biegnij tępy koniku.
Zatrzymaj się w barze ze snu. Tym w którym parkiet
rozświetlał się Twoimi ulubionymi kolorami, a barman nie miał nawet jednego z
najlepszych trunków. Niech płonie. Zatrzymaj się przy realnym hotelu. Tym w
którym żaden z pokoi prawdziwie nie był Twój, a każde miejsce przypomina o
innym spóźnieniu. Niech płonie. Zatrzymaj się w połowie drogi do niewiadomego
celu. Z jednej strony wszystko co było, z drugiej strony wszystko co będzie.
Niech płoną. Ogień pędzi ku tobie, samochód wybucha, a ty stoisz. Jak ten głupi
tylko stoisz.
Oblany wodą budzisz się na plaży. Łapiąc w garść trochę
piasku, zaczynasz się śmiać. Morze wiecznie wypluwa, żywy czy martwy. Jesteś
zakłóceniem w radiu, jesteś pustym bakiem, jesteś brakiem zasięgu. Stałeś się,
by komuś było źle. Będąc wszystkim, czym masz być, jesteś błędem. I płoną
pochodnie, płoną samochody ze zbitymi szybami, płoną dni, płonie słońce. To
światło, które pada na Ciebie po raz ostatni, gdy stoisz w cieniu. To już
koniec, to już finisz Twojego rozdziału. Uciekaj głupcze, umieraj i niech
nareszcie to wieko się otworzy. Niech ten prąd cię uderzy. Może się obudzisz, a
może zginiesz podwójnie. Może to co mówią jest prawdą. Przykryję cię kamieniem.
Jeśli to fałsz, to i go rozbijesz. Dobranoc, mały żołnierzu. Może już nikt cię
nigdy nie znajdzie.
Breath Feel
Love
Give Free
Know in your
soul
Like your
blood knows the way
From your
heart to your brain
Know that
you're whole
And you're
shining
Like the
brightest star
A
transmission
On the midnight radio
Komentarze
Prześlij komentarz