One Man Show: Part UnKnown
Potrafiłem tylko kroczyć. Światło nie pozwalało patrzeć na
wszystko co leżało na drodze. Och, potykałem się cały czas. Nawet myślałem, że
to minie, ale to też było białe kłamstwo. Poczułem, że coś uderza mnie po
twarzy. Nie przestawało. Z lewej, z prawej, po prostu. Coś jednak kazało mi iść
dalej, jakby do pustego celu. Straciłem też węch, potem przestałem słyszeć.
Chciałem się napić, ale świat nie miał też już smaku. Szóstym zmysłem było te
kilka kroków. Poczułem jak mój oddech przyśpiesza. Robił tak od kilku dni,
wyładowywałem się na ścianach i swoim istnieniu. Ocierając się o ścianę
tworzyłem historię, które będą w stanie powiedzieć za wiele lat, gdy dożyję.
Nie mało minęło, gdy zamarzłem. Rozkruszając swoje ostatnie tchnienie
zrozumiałem. Byłem tu, by napisać ten wstęp.
Zawinąłem tę kartkę papieru. Już nawet strona tytułowa nie
miała sensu. Płomień spowił i jej istnienie, wiatr zabrał ją z sobą w podróż
życia. Spaliła moje place dokładnie jak chciałem. Zaśmiałem się jak szaleniec i
uderzałem pięściami o trawę. Teraz byłem już tam. Wzniesienie na które zabierał
świat, tak bym obejrzał wszystko co istnieje. Obserwował każdy ruch,
spojrzenie, dotyk, okłamywał samo przez się, mówił tylko do siebie. Trzęsącą
dłoń pisze strachy na lachy. Znikąd zapada noc, jak każdego zimowego dnia.
Wyrzuciłem kolejny długopisem, zebrałem kilka prawie pustych kartek i dotarłem
domu. Zrzucając z siebie brzydkie ubrania, spojrzałem na siebie w odbiciu. Yea. Upadłem na twardą poduszkę. W
głowie miliard myśli, każda budzi coraz bardziej, żadna niespisana, aż do teraz.
Z rankiem historia była już dalej tworzona myślami. To co
pokazywało się na ekranie, to co pisałem na papierze, po prostu nie miało
sensu. Chciałem to zapisać, ale nie potrafiłem. Potem wszystko zatrzymywało
się w połowie zdanie, potem wszystko
pozostało nieskończone. Widok z okna ciągle ten sam, łóżko ciągle to samo,
muzyka wiecznie inna, choć kilka utworów pozostałe niezmienna. Znowu usiadłem,
odpłynąłem i wiedziałem, że ta sama lista, te same kilku nut, będzie lecieć
gdzie indziej. Realnym słowem, czystą myślą, chłodnym ramieniem szukany sens.
Pisałem rozwinięcie, które nie było nigdzie na tej drabinie, pisałem dalszy
ciąg, gdy widziałem zamykany właz, po co pisałem.
Wykrzyczałem wszystko co w danej chwili byłem w stanie.
Rozbiłem kilka szklanek, zniszczyłem dłoń, spojrzałem na samego siebie i wtedy
zrozumiałem. Usiadłem przy nieistniejącym fortepianie i grałem. Niskie nuty,
smutne chwile, melodie powstałe z emocji, tylko one mogły dopełnić. Jeszcze raz
i jeszcze raz. Próbowałem sobie wmówić inny świat, ale wtedy łzy płynęły
jeszcze bardziej. Świat skończony ze strachu, świat zniszczony z realności.
Wiem, że wina jest tylko moja. Nie potrafię zapisać tego w słowach, nie
potrafię zapisać w nutach, wiem, że to ja i to mi się należało. Teraz pokutuję
stojąc w tym samym miejscu. Jeszcze jeden krok i wszystko ruszy dalej. Wszystko
zacznie się przewijać, tylko jedna postać pozostanie tym samym oświetlonym
stopniem.
Znowu oślepiło mnie to światło. Zebrane kartki nie wiadomo
czego walały się po całej kawalerce. Nie wiem, czy to uniesienie, nie wiem czy
to smutek, czy to czyste zamknięcie, nie wiem co to, skakałem. Śpiewałem to co
słyszałem już tyle lat temu, pozwalałem by wszystko waliło się na około, na
wszystko spadał ten sam kurz, na wszystkim osiadał bezsens. Podbiegłem do
kwiaciarni i przeprosiłem. Pobiegłem dalej i nie wiedziałem gdzie się
zatrzymać, żadne miejsce nie ma już tego co było kiedyś. W mieszkaniu spaliły
się ostatnie płomienie, wszystkie perfumy wywietrzały, ostatnie chwile były
niewiarygodne. Pisałem je dalej, bo nie wierzyłem, pisałem je dalej, bo
zaznaczałem. Patrząc na dwie ostatnie daty walczyłem z całym sobą. Zapomniałem
o sesjach, zapomniałem o wszystkim, zapomniałem po co w ogóle szukam oddechu.
Znalazłem go wtedy, zgubiłem go w słowach, nie potrzebowałem go już nigdy.
Teraz śpiewam ostatnią kołysankę. Odgarniam włosy, całuję w
czółko, odwracam się, otwieram drzwi, oglądam się na ideał, który zanika w
ciemności, w której już po prostu mój umysł nie widzi. Cicho przymykam cały
świat i zamykam go na klucz. Wiem, kto znajdzie go pod wycieraczką, kto teraz
otworzy te wrota. Wsiadam do samochodu, który też powoli zamienia się w coś
innego. Chciałem stworzyć cały świat wokół historii złożonej z marzeń. Jednego
dnia, w końcu, musiałem się nauczyć, że to życie nie istnieje dla mnie, razem
ze szczęściem, muszę to oddać. Sny będą podpowiadać czego unikać, marzenia
pozostaną właśnie tym czym są. Razem z nimi zamknę manuskrypt, na nich zacisnę
swoje ramiona. Jednego dnia, w końcu, zrozumiałem. W tych kilku słowach, na
kilku stronach stałem się dostawcą szczęścia. Teraz śpiewam ostatnią kołysankę,
jedno budzi się rano, drugie zasypia na wieki.
Budzę się w Mieście Gwiazd. Ono błyszczy, jeno nie wiem dla
kogo i ku komu. Oj popatrzcie na mnie, znowu się rozklejam, bo w ogóle
przypominam sobie do czego to piszę. Jedna scena, którą ujrzałem w czyiś
marzeniach, człowieka który stworzył coś co wielu zapamięta nawet do końca życia,
a ja pozostawiłem ślad tylko na jednej skale. (14 nominacji, gratuluję). Cudzych marzenia, z wiadomym zakończeniem
dołączały do moich historii. Tworzyłem świat, tworzyłem kilka kroków
tanecznych, słowa które ktoś powie, słowa, które ktoś powie, zdania przy
których zawaha się nawet największy zwycięza i słowa za które spotkam nawet
aprobatę. , Zbudowałem miasto, które głównie składało się z kilku miejsc, kilku
ruchów, spojrzeń i zbliżeń. Teraz błyszczało nad nim tylko niebo i błogosławiło
wszystko co nadchodzi. W dwóch zagubionych głosach szukało.
Odwróciłem się, gdy usłyszałem jak przewraca się wazon.
Podbiegłem i wylałem wodę, odłożyłem zwiędły kwiat, przetarłem stół i spojrzałem
na świat. Odcina się każdy wątek, znikają znajomi, kończą się kolejne chwile.
Niektóre zostaną zamknięte w nutach, te pozostawimy dla przyszłych artystów,
inne w zdjęciach zostaną dla idealnych aktorów, reszta w nagraniach, których
doświadczą wybrani. Ukłonimy się na scenie i kurtyny opadną. Spod nich wyleci
dym i wszystko zakryje. Gdy opadnie świat zobaczy tylko cień. Gdzie podział się
reżyser, gdzie podział się scenarzysta, gdzie ten od kiepskich kostiumów, gdzie
ten od scenografii, co się stało z tym który dobierał aktorów i personel, gdzie
jest ten człowiek co organizował orkiestrę, wie ktoś gdzie podział się osobnik,
który miał to wszystko produkować, kto załatwiał prawa do słów, beatów,
melodii, zdjęcia są, gdzie efekty specjalne, montaż leży, dźwięk nie istnieje,
czy ktoś panuje na tym bałaganem? Czy ktoś zarządza całą produkcją? Czy
istnieje ktoś kto powie akcja?
I Cięcie.
- Tyle?
- Póki co.
- A co dalej?
- Post produkcja. Może jakieś dokrętki. Damy panu znać.
- Kiedy?
- Nie wiem. Jak dobrze pójdzie, może nigdy. Prawdopodobnie nigdy. Dostanie pan to co się panu należy, a potem nasze drogi się rozejdą.
- Co dalej?
- Słucham?
- Co później?
- No… my ruszamy w stronę kolejnych przedstawień, z tym idą castingi, produkcja… no zresztą nie muszę panu tłumaczyć.
- A ja?
- Pan? Pan… My musimy się już zbierać. Jednak jeśłi pan się dowie proszę dać nam znać. Nieważne, czy to jutro, czy za miesiąc, czy za kilka lat. Życzę panu miłego życia,
-…
- Tak. Tak. Żegnam. Na zawsze.
- Tyle?
- Póki co.
- A co dalej?
- Post produkcja. Może jakieś dokrętki. Damy panu znać.
- Kiedy?
- Nie wiem. Jak dobrze pójdzie, może nigdy. Prawdopodobnie nigdy. Dostanie pan to co się panu należy, a potem nasze drogi się rozejdą.
- Co dalej?
- Słucham?
- Co później?
- No… my ruszamy w stronę kolejnych przedstawień, z tym idą castingi, produkcja… no zresztą nie muszę panu tłumaczyć.
- A ja?
- Pan? Pan… My musimy się już zbierać. Jednak jeśłi pan się dowie proszę dać nam znać. Nieważne, czy to jutro, czy za miesiąc, czy za kilka lat. Życzę panu miłego życia,
-…
- Tak. Tak. Żegnam. Na zawsze.
Komentarze
Prześlij komentarz